piątek, 16 listopada 2012

Jak bardzo się starać?

Ostatni tydzień był okresem intensywnych nocnych łowów, na które studenci UiO zapuszczali się mężnie nad jezioro Sognsvann, walcząc z przemożną chęcią powrotu czym prędzej pod ciepłe kołderki. Okresem wyczekiwania. Szykowania sprzętu. Niepewności. Gorączkowego sprawdzania prognoz pogodowych i tras wędrówek trolli.
Na co oni tak polowali, zapytacie?

A na nią.
Aurora over Oslo by ergates, (Flickr)

Aurora borealis, zwana przez studentów pieszczotliwie 'Aurorą', postanowiła bowiem dać się zobaczyć przez kilka dni nie tylko na wysokości Tromsø i Rejkjaviku. Sięgnęła niżej, ku południowym skrajom Skandynawii i omiotła zielonym woalem kilka pagórków, na których rozsiadło się Oslo.

A studenci zwariowali na jej punkcie. Przez tydzień nie było niemalże mowy o niczym innym, jak o najświeższych prognozach, miejscach zbiórek, szukaniu najlepszego punktu, z którego będzie można zobaczyć to cudo północy. Ktoś znalazł w internecie stronę alaskańskiego instytutu geofizycznego, gdzie pokazywano dokładnie na mapie dzienny zasięg zorzy, jej siłę i jeszcze parę detali. Coś mi się wydaje, że musieli na tej Alasce zanotować gigantyczny skok liczby odsłon w rekordowym tempie ;)

Mój udział w tym zbiorowym szaleństwie był raczej pomniejszy. Owszem, też sprawdzałam prognozy i gdybałam, gdzie i z kim by się tu wybrać. Ale przyznam szczerze, że widmo zorzy jakoś nie zawładnęło moją wyobraźnią na tyle, żebym wyrywała się pierwsza o północy nad Sognsvann. Podobna jestem pod tym względem do samych Norwegów - żaden, z którym miałam okazję o tym porozmawiać, nigdy w życiu nie widział zorzy, choć przecież ma ją pod bokiem. (Ba! większość nie była na Lofotach, nie mówiąc już o Finnmarku.) Mam wrażenie, że z zorzą jest jak ze wszystkim, do czego się przyzwyczajamy - dopiero po reakcji innych ludzi odkrywamy - z powrotem lub zupełnie na nowo - że coś ma większą wartość niż skłonni byliśmy sądzić.

***

Dziwnie mi myśleć, że semestr zbliża się już ku końcowi. A przecież w tę środę miałam ostatnie zajęcia z Wikingów, w przyszły wtorek - ostatnia runologia, z norweskiego zostały nam raptem dwa rozdziały. Aż mi się żal robi na myśl, że to już koniec, że teraz tylko egzaminy, parę dni wolnego, podczas którego mam nadzieję jeszcze gdzieś pojechać i... do domu. Nie mam w ogóle zapału do jakiejś wzmożonej nauki, zupełnie jakbym miała gdzieś podświadomie nadzieję, że im bardziej odwlokę to w czasie, tym tego czasu zrobi się więcej. Ale nie zrobi. I wcale nie jestem pewna, czy faktycznie tak bardzo bym tego chciała. No, cóż zrobić, nawet mi zaczęło się cknić do domu. 

Z tym cknieniem to też dziwna sprawa. Kiedy próbuję analizować, czego faktycznie mi brak i za czym tak naprawdę tęsknię, to wychodzi na to, że wcale nie za domem. Wcale nie tęsknię za rodzinnymi pieleszami, obiadkami i skrzatami, które cię o-pierają i o-prasowują tak, że obieg ubrań znasz tylko  na etapie z-szafy-do-szafy. Od tego odzwyczaiłam się już dawno, poza tym nigdy nie ceniłam tego ponad miarę. Wręcz przeciwnie, zawsze ciągnęło mnie do świata i poznawania tych innych etapów cyrkulacji odzieży. I nie zawiodłam się ani na sobie, ani na świecie. I kiedy tak myślę, czego mi brak, to właśnie tego świata, który sobie poukładałam po swojemu: kin, kawiarni, księgarni, gazet, nocnych włóczęg, spotkań autorskich i przypadkowych. Grona swoich wśród obcych. Wspólnych spraw. Braku przymusu życia w stadzie, który bardzo, ale to bardzo mnie uwiera. 
I ta tymczasowość, przez którą nie wiadomo - starać się mniej czy właśnie bardziej?
Nie mam pojęcia.

Pewnie się dowiem, jak wrócę. I dobrze, będzie na przyszłość.


Trzymajcie się ciepło!
Wasza
E.


P.S. Zapewne zauważyliście machlojki przy datach październikowych postów- tak, zmachloiłam je. Stwierdziłam, że relacje z muzeów, choć napisane grubo po samych wizytach, powinny pojawić się z datą bliższą wizycie niż pisania, i że nie będzie to miało szczególnego wpływu na zachowanie równowagi czasoprzestrzeni :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz