poniedziałek, 12 listopada 2012

O kopertach, tradycjach i eplesuppie

A może by tak jakiś post bardziej up-to-date?

Ostatnie kilkanaście dni spędziłam na przemian waląc głową w blat biurka i gorączkowo klepiąc w klawisze, albowiem deadline'y moich dwóch esejów nabrały aż nadto rzeczywistych kształtów. I podczas gdy pierwszy z nich, studium porównawcze dwóch inskrypcji runicznych, pisało mi się jako tako lekko i przyjemnie, a przynajmniej - bez cierpienia, tak drugi po prostu zrył mi beret. Wydawałoby się, że niby nic takiego, recenzjosynteza podobna do tej, którą pisałam w zeszłym roku na zaliczenie warsztatu naukowego (odkrywam z przyjemnością ile te zajęcia mi dały - nie przypuszczałabym, że aż tyle!), i to jeszcze artykułu, o którym robiłam prezentację. O, nie. Po tygodniu mąk czyśćcowych, kiedy usiłowałam dojść, z której strony właściwie mam się za ten artykuł zabrać (30 stron gęstego tekstu, materiału w cholerę i ciut) siadłam w rozpaczy, żeby chociaż zacząć i nagle doznałam olśnienia. I pisałam, pisałam, pisałam aż napisałam, w sobotę wysłałam i siadłam, otumaniona, z parującą sieczką cielęcą zamiast mózgu. Ale myślę, że wyszło mi całkiem przyzwoicie i strachu, że mnie nie dopuści do egzaminu nie ma.

Poza tym w międzyczasie przefrunęło Halloween, u mnie zaznaczając swą obecność jedynie poprzebieranymi zdjęciami znajomych na FB. Stwierdzam, że to jednak niekoniecznie moja bajka.  Dziady, o, Dziady, Andrzejki, o, tak, chętnie, Noc Kupały z pieśnią na ustach i przytupem. Nie mówię, że mam coś przeciwko Halloween jako takiemu, przeciwnie, uważam, że każde święto świętować należy i to jest bardzo ważne. Ale różne są święta i na szczęście można sobie wybrać, które świętować się woli bardziej. Halloween nie jest moim bardziej. 
Ale za to strasznie żałuję Imienin Świętego Marcina! O, to święto, choć ma u mnie bardzo krótką tradycję obchodzić bardzo lubię. Ach, rogale marcińskie...

Mówiąc o tradycjach, to również tradycyjnie poużerałam się z niewdzięcznym zadaniem dostarczania odpowiednich dokumentów w odpowiednim czasie w odpowiednie miejsce, aby dostąpić zaszczytu bycia kandydatką do stypendium rektora. Moim ulubionym kuriozum są daty dostarczania dokumentów: termin pierwszy opiewa na dzień 12 listopada, natomiast drugi, z którego skorzystać można wyłącznie w przypadku udokumentowanych trudności (na szczęście studia za granicą się do nich zaliczają) upływa z dniem 19 listopada. Faktycznie - pomocne. Kolejnym kuriozum, z którym zetknęłam się już tutaj w Oslo jest to, że, uwaga, na poczcie nie można kupić pojedynczych kopert. Na mój zdębiały wzrok i pytanie, to gdzie można taką kopertę kupić, miły pan z obsługi trochę się spłoszył i wymamrotał, że chyba nigdzie... Poza tym istnieje wyłącznie jeden sposób wysłania przesyłki za granicę i ona przychodzi jak przychodzi. Na szczęście przyszła w dwa dni. 
Tym niemniej jestem w posiadaniu dziewięciu norweskich kopert w formacie A5 z którym nie mam pojęcia, co zrobić ;)

***

Pogoda nam ostatnio w ogóle nie dopisywała i cały czas padał na zmianę śnieg z deszczem. Jeszcze jak śnieg to nic takiego, śnieg padający jest bardzo przyjemny i inspirujący, niezależnie od koloru nieba, z którego pada. Ale deszcz... deszcz przybija, odechciewa i zasypia. Ale wczoraj, późnym popołudniem, kiedy podniosłam głowę znad biurka, oczom moim ukazało się TO. Znak. Znak lepszej pogody.




Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam tak wielką i pełną tęczą. Oboma końcami sięgała ziemi, a po chwili pojawiło się jej echo - trochę widoczne na zdjęciu (zaczyna się w okolicach komina ;). A po drugiej stronie budynku czystym płynny złotem zachodziło słońce. 
I dziś pogoda przedstawia się tak!


Można żyć. Można żyć.


Kilka dni temu Arum urządziła kolację dla swoich przyjaciół z koreańskiej szkoły językowej, w której uczy i też zostałam na nią zaproszona. Oczywiście znów było mnóstwo pysznego jedzenia o cokolwiek mieszanym rodowodzie: koreańskie side-dish, tak zwane jap chae i meksykańskie burrito jako dania główne, a na deser norweską eplesuppe (pyszna rzecz, trochę podobna do marmolady na gorąco), norweskie ciasto jabłkowe, cynamonowe tosty z dżemem, i lody. Boska uczta, nie mogłam się ruszać.

Zdjęcie trochę rozmyte - śpieszyło mnie się do stoła!:D 

Czego na pewno mnie te miesiące w Norwegii nauczyły to tego, że jedzenie i wspólne stołowe posiadówy są najlepszym sposobem na zaprzyjaźnienie się - nieważne, czy jesteś Norwegiem, Włochem, Koreańczykiem czy Polką. Food connecting people.

No, trochę nadrobiłam zaległości :)
Zaraz biorę się za runy, norweski i tekst o monetach z czasów Wikingów.

A tymczasem...
Udanego tygodnia!
Do napisania
Erised

1 komentarz:

  1. Ach, rogale były pyyyyyszne :) i wino grzane również :D
    Możesz nam przesłać w tej kopercie powietrze norweskie :D

    OdpowiedzUsuń