piątek, 31 sierpnia 2012

Boller er boller!

Nie do życia byłam ostatnio, stąd taka długa przerwa w dostawie relacji (powinnam chyba usunąć słowo codzienny z tytułu bloga ;). Przeziębienie wyprało mnie dokładnie ze całego nadmiaru sił witalnych pozwalających człowiekowi robić coś innego poza spaniem, jedzeniem i czytaniem głupot, bo na bardziej ambitne dzieła mózg reaguje oburzonym E, ty, no weź przestań. W ten oto sposób przez  dwa czy trzy dni skazana byłam na makaron-z-dodatkiem, ciasto i Fifty shades of Grey (strrrrraszna chała).

Ciasto upiekłam z nudów któregoś wieczora, bardzo proste i czekoladowe - znów poniekąd w rewanżu za te obfitości, którymi jestem cały czas częstowana (z całą pewnością głód mi nie grozi, nawet gdybym nie znalazła pracy :). I po odpowiednio długim czasie krygowania się i wahania, czy aby na pewno można sobie ten kawałek ciasta nakrojonego na wspólny talerz wziąć, rzucono się i zeżarto cały jeden placek na pniu. Drugi został do delektowania się po kawałeczku, przy herbatce.
A karmiona jestem głównie przez Sherry i Liyang, dwie Chinki z Szanghaju. Sprawia im to wyraźną radość, mnie także, więc jak tu odmawiać? Zwłaszcza, że baaardzo smakuje mi ich jedzenie: duszone warzywa, z których najlepszy jest bakłażan duszony w sosie sojowym, ryż, zupki miso, szerokie wstążki makaronu, kawałeczki wołowiny (miałam mieszane uczucia, kiedy Sherry radośnie oznajmiła mi, że tę wołowinę przywiozła/dostała z Chin - chińska krowa, ciekawe czy świeci w ciemności), pieczarki, marynowane korzonki jakichś roślin - same pyszności. Pałaszuję wiec wszystko, co mi podadzą, a dziewczyny tylko mi dokładają, jedz, mówią, ja już nie mogę, trzeba to skończyć, mówią, ten ryż, ten sos. I patrzą na mnie rozanielone, zwłaszcza Sherry, w której chyba odzywa się zmysł macierzyński.
Tak się zastanawiałam, czy może nie nadużywam ich uprzejmości?  Może one wyłącznie z grzeczności zapraszają mnie do stołu? Może tak w ich kulturze przyjęto? Ale wchodzę dziś do kuchni i widzę krzątającą się Sherry, która od progu strzela do mnie uśmiechem i pada zaraz sakramentalne: Czy jadłaś już śniadanie? Mówię, że nie, że dopiero zaraz sobie coś zrobię, a ona, och, ale ja właśnie zrobiłam, to może zjesz ze mną? Widzisz, ja tego wszystkiego sama nie zjem. Siadaj, siadaj. No to siadam, jak zawsze chętnie (duszona marcheweczka, bakłażan, ryż, marynowane coś), jemy i Sherry aż promienieje. Kończymy, Sherry zbiera ochoczo talerze i garnki, ja pozmywam, mówi, tyle mam energii, tak się cieszę, że ktoś ze mną zjadł śniadanie! I biegnie w podskokach do zlewu.
I jak tu odmawiać?

Wieczorkiem z kolei, Tulendra z kolegą, którego imienia ni w ząb nie mogę spamiętać, moi sąsiedzi Nepalczycy, poczęstowali mnie nepalskim ryżem curry z jagnięciną. Bardzo dobre, chociaż ostre, ze śmiesznym tajskim ryżem o długich ziarenkach. Zdecydowanie dłuższych niż w naszym ryżu. 
W ogóle, tutaj nie ma czegoś takiego jak zwykły ryż. Idziesz do sklepu i nie ma: jest za to wybór dziesięciu co najmniej (a na Grønland to już nie do policzenia) rodzajów: a taki, a owaki, basmati, jaśminowy, tajski, koreański, do sushi, do czegoś tam, i nagle człowiek rozumie, jaki to wysublimowany pokarm. Po zakupieniu odpowiedniego ryżu, płucze się go potem dwa razy, moczy przez pół godziny i gotuje w odpowiedniej ilości wody, pod ciśnieniem, w specjalnym urządzeniu, takim parowniku (początkowo parownik moich sąsiadów wzięłam za frytownicę, laiczka). Ale muszę powiedzieć że, różnica między tym ryżem, czy może raczej: Ryżem, a naszym czymś jest gigantyczna. Co ja będę jeść jak wrócę?

Byłam też znowu na Grønland po zakupy warzywno-owocowe i trochę mnie poniosło, bo wróciłam z całym plecakiem i torbą najróżniejszych smakołyków. Prawda jest jednak taka, że zapłaciłam mniej niż normalnie wychodzi w Meny czy Rimi. Ot, imigranckie sklepy, przyjazne studentowi.

Przerzucając się na klimaty bardziej norweskie, to jednym z największych piekarniczych przysmaków są tutaj tak zwane boller. Boller są to bułeczki, podobne trochę konsystencją do naszych drożdżowych, tylko trochę bardziej gliniaste, a jednocześnie w tej gliniastości tak dziwnie puszyste. Ciężko mi je opisać, (czyżby znów norweskie nieopisanie?) ale okazuje się, że nie mnie jednej! Tutaj możecie przeczytać cały dorodny artykuł - próbę opowiedzenia o całej magii zawartej w tych niepozornych, pachnących kardamonem bułeczkach, poprzetykanych tu i ówdzie rodzynkami.
Pierwszą boller zjadłam na Bleikoi, podczas naszej wspólnej wyprawy. Tak coś mi się wydawało, gdy widziałam je leżące w pachnącym stosiku na staroświeckiej tacy za kontuarem, że to coś tradycyjnego, więc spożyłam swoją bułeczkę w należnym szacunkiem. Była naprawdę pyszna, nieco cierpka, korzenna, z nutą rodzynkowej słodkości.

Tak mniej więcej wyglądają boller,
czasem zamiast glazury oprószone są po prostu mąką.

Oj tak. Miało być o czym innym, że wykłady, że norweski i Jeg snakke litt norsk og jeg forstår litt i że pani nauczycielka mówi do nas wyłącznie po norwesku, co wzbudza we mnie pewien rodzaj bezsilności pomieszanej z rozbawieniem, ale cóż: boller są boller.

Jadę jutro na pierwszą cabin trip do Nordmarki! Nordmarka to lasy na północ od Oslo, gdzie takich cabin jest podobno całe mnóstwo, a jedną czy dwie posiada nasz uniwerek. A jako że jedziemy się tam szkolić na wolontariuszy, to nic nie musimy za to płacić. I chyba mamy zapewnione wyżywienie, bo organizator całego zamieszania kazał się informować o nieprzyswajaniu pewnych rodzajów jedzenia, alergiach i tym podobne. Darmowe goferki! 

Ale żeby były goferki, to Erised musi iść spać.
I wyprać skarpetki, bo się jej niepostrzeżenie skończyły.
Mam nadzieję, że wyschną do rana.

Całusy!
Erised

P.S. Nigdy jeszcze nie zużywałam tak dużo mleka. To dziwne, bardzo dziwne zważywszy, że ja mleka nie lubię.

2 komentarze:

  1. Wreszcie się wzięłam za siebie i napiszę ci słit komcia jak przystało:)) tak sobie czytam i czytam, i uwierzyć nie mogę, że masz tam tak fajnie, ciekawie i ekscytująco. och, jak ja ci zazdroszczę :) tych nowo poznanych ludzi, widoków, nowych doświadczeń, a przede wszystkim, rzecz jasna, tych przepysznie wyglądających i opisywanych bułeczek :P kurde, pojechałabym tam do ciebie z szaloną chęcią. a propos tematycznych postów - poczytałabym chętnie o jakiś norweskich tradycjach, kulturze i o kuchni też. trzymaj się tam ciepło Martucha!
    p.s. a to ciasto czekoladowe to takie którym byłam u ciebie częstowana? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, bardzo dobry pomysł, fellow etnologu, będzie cykl o tradycjach i świętach i strojach, generalnie norweskiej kulturze narodowej, czyli jednocześnie ludowej :D
      Och, och, jak napisze posta o cabin trip to dopiero będzie kolorowo! Jedno z najlpeszych, najbardziej ekscytujących doświadczeń!
      Tak, dokładnie to samo. Wszystkim bardzo podchodzi, bo to dobre ciasto :D

      Usuń