Lubię te norweską pogodę. Dziś znów szarość nieba rozpękła się na dwoje, potem troje, potem znikła, ustępując bieli i błękitowi, błysnęło słońce i fjord wrócił do pracy.
Jak na razie wrażenia z wykładów mam nadzwyczaj pozytywne. Po pierwsze są łatwe. Łatwe do zrozumienia, łatwe do nadążania, notowania. Po drugie - ciekawe. Pomimo początkowej bulwersacji poziomem uogólniania ("W czwartym wieku plemiona z terenów wschodnich zaczęły migrować na zachód, i kilka osiedliło się na południowym krańcu półwyspu skandynawskiego" - panie, a że to wędrówka ludów była, a jakie plemiona, a skąd, a że Wizygoci?!), stwierdziłam, że to nawet dobrze. Poza tym, no nie każdy musiał przerobić dokładne trasy i czas migracji ludów indoeuropejskich. Podejrzewam, że Amerykanie nie wiedzą, że takie coś w ogóle miało miejsce.
Faceta od runologii trochę się obawiałam. Nauczona przykrym doświadczeniem, że profesor, który zadaje studentom własną książkę jako lekturę obowiązkową NIE MOŻE BYĆ FAJNY, drżałam przed jakimś runicznym fanatykiem. A okazało się, że facet jest rewelacyjny, sprawia wrażenie prawdziwego naukowca, wiecie, profesjonalisty, każe czytać zadane teksty, ale też chodzi w podziurawionych drewniakach, podkoszulku, żartuje z Duńczyków i w ogóle. Bardzo, bardzo sympatyczny.
Tekstów, jak Wam poprzednio doniosłam, nie ma tak wiele, no ale na każde zajęcia COŚ trzeba przeczytać. No i na te dzisiejsze mieliśmy poczytać sobie Erica Moltke Runic writing. W sylabusie powiedziane jest, że wszystkie te lektury znajdziemy w dwutomowym kompendium Runology I i II. Za cholerę nie mogłam znaleźć tego kompendium na stronie biblioteki, Moltke był, ale z jakimś innym tytułem, Runology jako takiego nie było, a żadnych redaktorów czy innych nie podano. No to stwierdziłam, że pojadę rano do biblioteki i sobie poczytam, pięćdziesiąt stron, niewiele.
Okazało się, że biblioteka żadnym kompendium nie dysponuje i że muszę je sobie po prostu kupić w Akademice, kampusowej księgarni akademickiej (Matko Boska, raj to najczystszy, tyle cudownych książek, podręczników, światowe nowości w każdej jednej dziedzinie nauki - niech się schowają wszystkie nasze księgarnie). I naprawdę zamierzałam to zrobić, dopóki nie zobaczyłam ceny. Paść można na zawał, mówię Wam. Kiedy patrzyłam na ceny innych książek, wahały się od 200 do 350 koron i tyle zdolna byłabym wydać. Ale tych Wikingów chyba pogibało. Żebym za dwa tomy ksero (tak! kompendium w ich wydaniu to zwykłe ksero wymaganych tekstów, zbindowane razem) miała zapłacić łącznie 1000 KORON, to chyba musiałabym mieć coś nie tak z głowiną. Więc zrobiłam inaczej: kucnęłam z boczku i spisałam sobie wszystkie źródła. I oddałam mówiąc zbolałym głosem, że niestety, na razie za drogie dla mnie. No, i teraz po prostu pójdę do biblioteki i sobie poczytam ze źródeł. Z pewnością posiadają je wszystkie.
Naprawdę, jacy Ci ludzie niezaradni, dają się kroić z kasy jak woły rzeźne. Nie ma to jak być polskim studentem;)
A na koniec nie lada smaczek! Oto Arum, wykonująca swoje tradycyjne koreańskie jedzonko - nie miała zupełnie nic przeciwko umieszczeniu tego filmiku na blogasku, więc umieszczam. Indżojcie!
Jutro czekają mnie Wikingowie w Złotej Erze.
A tymczasem
Do napisania!
Całusy
erised
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz