Boże, Boże. Tyle wrażeń, jak ja to wszystko opiszę we w miarę zorganizowany sposób? Bardzo się postaram.
Podróż zabrała mi, ni mniej ni więcej, tylko 27 godzin. A cóż to, zapytacie, podróżowałaś Erised na mule? Nie, moi drodzy. Podróżowałam autobusem. A czemuż nie samolotem jak człowiek, zapytacie. A dlatego, że człowiek Erised wymyślił, że w ten sposób poleci po kosztach, nerwach (i tak już zszarganych), poza tym coś więcej zobaczy i będzie miał czas oswoić się ze skandynawską estetyką, z którą już, co prawda, kiedyś miał do czynienia, ale dawno i zapomniał jak to jest móc jeść z chodnika, bo taki on czysty. Więc takie mniej więcej motywy mną kierowały, a dorzuciwszy jeszcze możliwość zabrania większej ilości bagażu, wyjście autobusowe uplasowało się o niebo (hłe-hłe) wyżej niż jakieś tam samoloty, panie tego. (Gwoli reporterskiej ścisłości należy dodać, że faktycznie nie znalazłam żadnego lotu w dniach, godzinach i kwotach, które by mnie interesowały - wszyscy chcieliby, żebym przylatywała nocą Lufthansą za patyka z kawałkiem...)
Więc wsiadłam w środę w autobus i pojechałam. Moje podróżowanie od początku obfitowało w nowe wrażenia, ponieważ jechaliśmy przez po kolei: Legnicę, Lubań, Zieloną Górę, Gorzów, Szczecin aż do Świnoujścia, zachodnim pasem Polski, który zwiedzałam raz, z samochodu albo w ogóle (wstyd przyznać, w jak wielu miejscach w moim ojczystym kraju nie byłam, naprawdę wstyd). W Świnoujściu wsiedliśmy na prom Wawel, który przewiózł nas do Ystad (promem też nigdy wcześniej nie płynęłam, więc miałam PRZYGODĘ, którą, co prawda, w całości niemalże przespałam. No ale co, przynajmniej spałam). W razie gdyby ktoś też nigdy wcześniej promem nie płynął melduję, że w środku jest mało miejsca dla ludzi, za to dużo dla samochodów, korytarze, w których można się pogubić, dyskoteka, sklepy bezcłowe, restauracja, w której akurat kończyli nadawać przegrany mecz z Rosją (ech...), no i kajuty. Ja kajuty nie miałam, więc mogłam sobie siąść w fotelach samolotowych ustawionych na przeszklonym pokładzie blisko rufy. Gdybyśmy płynęli z dzień to oczywiście byłaby to rewelacyjna miejscówa, nocą natomiast piździło przez te stare okna nieziemsko, dobrze, że miałam kocyk. Dobra, może nie przez okna, może siadłam pod jakąś wentylacją, grunt, że zimnem wiało mi w twarz.
O 6 rano wpłynęliśmy do Ystad, pogoda była piękna, niebo niebieskie, powietrze przejrzyste. O siódmej wyruszyliśmy dalej, zachodnim wybrzeżem Szwecji. Niesamowicie mi się Szwecja podobała, przepiękny kraj. Oczywiście to, co najbardziej od razu uderza, to schludność, wszystko jest takie czyste i estetyczne. I faktycznie, faktycznie wszystkie domki są obite drewnem w ten charakterystyczny wzór i pomalowane na czerwono, żółto lub niebiesko. A szczerze powiedziawszy myślałam, że to ludowy relikt, jak u nas pruski mur.
Jechaliśmy więc, jechaliśmy, aż w drodze do samego Oslo zostaliśmy tylko w jakieś sześć osób. Ciekawa jestem, czy gdybym nie zauważyła, że wjechaliśmy do Norwegii (a zauważyłam bardzo starannie, z zegarkiem w ręku, że przekraczamy ją spóźnieni o pół godziny), czy zauważyłabym jakąś różnicę w przyrodzie. Ale że, jak pisałam, wiedziałam dokładnie gdzie jesteśmy, oczywiście zaczęło mi się wydawać, że tak Norwegia taka jakaś... nie taka. No tu nie wykoszone, tam się coś sypie, zagródki nie takie ładne, zatoczki bez jachtów, nie ma tak pięknie wijących się pośród porosłych kwieciem łąk strumyczków i rzeczek, nagich skał wyłaniających się z darni... A miało być tak pięknie, nieprawdaż.
Zaczęłam się troszkę podłamywać (oooch, tak, tego najbardziej się bałam, odbrązowienia herosa!). Aż wjechaliśmy na drogę prowadzącą wzdłuż wschodniego wybrzeża Oslofjordu. I zobaczyłam je. Szare. Szarozielone, mówiąc uczciwie. Jakieś, cholera, wieżowce, jakieś psiakrew, obrzydliwe stocznie, nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego. Jakieś baraczki, że niby domy. Po prawej. Po lewej fjord. Ale jakiś taki... nie teges. Jakieś chaszcze. Wąska droga. Jedziemy. Coraz okropniej, wieżowce okazały się z lat '60, paskudztwa pierwsza liga. Dworzec autobusowy, okropieństwo. wysiadam, zakładam oba plecami, uginam się, ale prę do metra. Śmierdzi. Dotarłam na Jernbanetorget, cholera ani jednej kasy, same automaty, a ja dysponuję jedynie papierkami. Na szczęście pewnie miły młodzieniec zaoferował się mi pomóc, poszłam rozmienić pieniądze, okazało się, że w tym kiosku mogę sobie bileta nabyć ( 7 eleven, taka nasza Żabka), nabyłam. Przy okazji dowiedziałam się, że w Oslo nie ma pojedynczych ulgowych biletów dla studentów. W ogóle mają to bardzo uproszczone. Pojedynczy kosztuje 30 koron dla wszystkich z wyłączeniem dzieci do 16 lat i seniorów po 67 roku życia - ci płacą połowę. Od skasowania ważny jest godzinę. Można też kupić bilet 24-godzinny, tygodniowy lub miesięczny z tym, że na miesięczny studenci mają już zniżkę i kosztuje 380 koron. Kasuje się je poprzez przyłożenie do takiego czytnika. Co jeszcze - nie ma bramek, jak na przykład w Paryżu. Chcesz kasować, to kasuj, nie chcesz to nie. Podejrzewam, że Norwegom nawet do głowy nie przyjdzie nie skasować...
Więc wsiadłam do metra numer 3, do Sognsvann. Po przejechaniu dwóch stacji pociąg wyjechał nad ziemię i mogłam sobie znów pooglądać, jakie to miasto jest okropne i w ogóle. Miejsca było sporo, ale myślę, nie będę siadać, bo nie założę sobie tego toboła potem na plecy. Więc stałam i cierpiałam okrutnie, a tymczasem kolejka zaczęła się piąć pod górę w bardziej zalesioną okolicę. Dominować zaczęły kolorowe drewniane domki, wznosiliśmy się coraz wyżej, aż ukazała się nam piękna panorama fjordu z centrum widocznym jak na dłoni. No, to mi się nawet podobało. Ale plecy bolały mnie jak diabli. Dojechaliśmy, wytoczyłam się, patrzę gromada Murzynów gadających w jakimś strasznym języku, gdzie ja się do cholery znalazłam?! Boże, Boże, jakie to wszystko straszne. Trafiłam jakoś do recepcji, panienka mnie zarejestrowała patrząc na mnie ze współczuciem (musiałam wyglądać na nieźle uchetaną...) wychodzę, cholera, rozpadało się. Trafiam do odpowiedniego akademika (lata '60...), wchodzę do pokoju: kurde, cela. CELA. Łóżko, biurko, stolik, regał. W pokoju obok jakiś chłopak, bo męskie buty stoją w korytarzu. Czarna, czarna rozpacz, gdzie ja trafiłam, i jak mam uciec.
No, ale zaczęłam się rozpakowywać i jakoś rozpacz zaczęła mi przechodzić. W końcu, będę się przejmować, że nie mieszkam w luksusach? Nie miałam przecież. Mieszkanko jest w miarę tanie, mam własny pokój, zagospodarowany nie wygląda tak źle. A jak poznałam wszystkich współlokatorów... Powiem tak: jestem rasowo w mniejszości. Za ścianą bowiem mieszka dwóch Nepalczyków, następnie Koreanka, Etiopka, dwie Chinki z Szanghaju, jeden jedyny Norweg (musi czuć się niesamowicie głupio, współczuję mu:) i jakiś sympatyczny facet, nie wiem skąd, gadałam z nim tylko chwilę przelotem. Oprócz niego i Etiopki (kurczaczek, z metr czterdzieści ma najwyżej) nie mówią zbyt dobrze po angielsku, komunikatywnie, ale raczej mało biegle. Ale co najważniejsze są niesamowicie mili, spokojni, niepalący i miłujący czystość.
Więc przestało być tak strasznie. A po wczorajszym zwiedzaniu, wspólnych sprzątaniu i dzisiejszej wyprawie na Holmenkollen po poprzedniej rozpaczy nie zostało już śladu i wreszcie naprawdę cieszę się, że przyjechałam, a nie zastanawiam się CO TO BĘDZIE.
Relacja z Askerhus, Akker brygge, włóczeniu się opłotkami, szorowania piekarnika - jutro!
Pozdrowienia
Znad stołu pełnego Azjatek
Erised
Serduszki! <3
OdpowiedzUsuńA sprawdzałaś oferty Wizzaira? Jest chyba o niebo tańszy od lufthansy ;)
OdpowiedzUsuńSwoją drogą jak to się stało, że trafiłaś tutaj? :)
Cześć Danielu, jak miło Cię tutaj widzieć! :D
UsuńWizzair, Norwegian czy Ryanair są o NIEBO tańsze, faktycznie, ale pojechałam ze względu głównie na bagaż, 10 a 25 kilo bez dopłaty robi różnicę jak się jedzie na tak długo :)
A znalazłam się tu przez Erasmusa - studiuję przez ten semestr na uniwersytecie w Oslo :D
32kg bagażu to dopłata 90zł a bilet lotniczy wraz ze wszelkimi opłatami można kupić nawet za około 50zł (więc 140zł z bagażem) więc nadal Ci się dziwię że postanowiłaś poświęcić 27h podróży autobusem zamiast 1,5h samolotem ;P
OdpowiedzUsuńAaaa, norweski rok akademicki zaczyna się wcześniej ;)
Nie śledziłem wszystkich Twoich wpisów więc może okazuję ignorancję, ale uczysz się norweskiego przy okazji? ;> znaczy... laerer du norsk? ;)
Ale ani Wizzair ani Ryanair nie latają do Oslo Gardemoen, a bilet kolejowy czy autobusowy z Oslo Rygge to kolejne 200 koron. Poza tym powtórzę się: nie znalazłam lotu między 8 a 10 sierpnia, a ponadto nie wyobrażam sobie podróżowania z 32 kilogramami bagażu jeszcze pomiędzy Oslo Rygge a Oslo samym w sobie.
UsuńA przygoda przygodą :D
Ja, jeg snakker a litt norsk, vi går det norskkurs :D