Nie zgadniecie, gdzie byłam w niedzielę.
Bo jak. W całym zabieganiu i zamyśleniu chyba nawet nie zdążyłam Wam powiedzieć, że czeka mnie mała wycieczka. Wycieczka nie byle jaka. Stadna. Wodna. Darmowa.
Wygrałam mianowicie bilet na prom do Kopenhagi. Ktoś, oczywiście na fejsbuku, przysłał mi link do zdrapki oferowanej przez duńskie linie DFDS i ku mojemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu wydrapałam sobie bilecik. A musicie wiedzieć, że w grach losowych szczęścia nigdy nie miałam. Może to zadośćuczynienie za wszelkie inne kopniaki od losu :)
Więc pojechaliśmy, całą czeredą, gdyż oprócz ludzi, którzy wygrali sobie bilety, jak ja, UNICA również otrzymała plik darmówek i rozdała je szczodrze wszystkim wolontariuszom. Ale widzicie... bilet biletowi nierówny. I podczas gdy moi drodzy koledzy okupowali stadnie pokład 5, to jest: najniższy, mnie dostała się kabina na pokładzie 10, najwyższym. Większa. Bardziej ozłocona. Na tym samym piętrze kabiny Commodore Class... Popławiłam się nieco w luksusach, po tych dwóch tygodniach spania na podłodze ;)
Podróż była długa, z Oslo wypłynęliśmy o 17, a do Kopenhagi zawinęliśmy o 10 następnego dnia. Prom nie jest zbyt wyścigowym środkiem lokomocji... Poza tym w tej podróży Kopenhaga jest ostatnia na liście zwykle preferowanych rozrywek. Wiecie jak drogi jest alkohol w Norwegii? No właśnie, NIEZIEMSKO. A na promie obowiązuje strefa bezcłowa, więc wszyscy głównie się w tę podróż wybierają celem zaopatrzenia. I poimprezowania. No, a że my miałyśmy na celu zwiedzanie, to poszłyśmy lulu o wstydliwie wczesnej godzinie.
Przynajmniej nie połamałyśmy sobie żeber jak co poniektórzy (jak się skacze z górnej koi to tak jest).
Na przywitanie Dania chlusnęła nam w twarz deszczem i mimo okresowych minimalnych przejaśnień, nie rozpogodziło się aż do końca wycieczki. Zaczęłyśmy od cytadeli, potem zobaczyłyśmy Syrenkę (niepozorne to takie, przycupnięte na kamyczku). Muszę wyznać, że nie miałam pojęcia o tym, że postać ta pochodzi również z Baśni Andersena - myślałam, że syrenki są raczej domeną Disney'a. A tu nie, jego wyobraźnia sięgnęła poza pokój dziecinny...
W każdym razie obrałyśmy trakt turystyczny i przemaszerowałyśmy ładnie całe Stare Miasto mijając chyba wszystkie najważniejsze zabytki i tak zwane tourist sites. Ta nomenklatura wydaje mi się bardzo na miejscu, bo jak inaczej określić na przykład kopenhaską Christianię? Toż żaden z niej zabytek a właśnie... atrakcja turystyczna. Bo Christiania to taki kolorowy, radośnie anarchistyczny i przyćpany skrawek poukładanej duńskiej ziemi.
Wszystko zaczęło się w roku 1971, kiedy dawne koszary zasiedliła gromada squatersów. Z biegiem czasu miejsce zaczęło zdobywać niemały rozgłos wśród środowisk hipisowskich na całym świecie i tłumy Dzieci Kwiatów zjeżdżały do Kopenhagi by się w Christianii osiedlić. Działalność jednego z jej założycieli, Jacoba Ludvigsena przyczyniła się do proklamowania Christianii jako wolnego miasta. Do dziś osiedle to posiada pewną autonomię.
Wchodząc do Christianii należy się wyzbyć dwóch rzeczy: pośpiechu i aparatu. Dwie złote zasady Christianii głoszą bowiem: Nie biegaj oraz Nie rób zdjęć. Jak biegasz, jesteś podejrzany, możesz być z policji czy jakichś innych, tfu, służb. A zdjęć robić nie wolno, bo flesz oślepia handlarzy haszyszu i mogą niedokładnie zmierzyć, nieprawdaż. Podobno prochy sprzedaje się tam jawnie jak prażoną kukurydzę.
Christiania przypomina mi trochę polskie podwórka. Zagracona, zachwaszczona, z nieskładnie wydeptanymi ścieżkami i resztkami jakichś metalowych bramek czy poręczy. Tu składowisko kartonów, tam jakaś buda, ówdzie dziura z błockiem: niefrasobliwe rozprzężenie, które tym bardziej razi w oczy, gdy wejdzie się tam prosto z wycacanej Christianshavn. Mnie przygnębiło. Ja się takich rzeczy naoglądam nie oddalając się od domu. Wolę szczerze tę rzeczywistość za magiczną bramą...
Tak czy inaczej w Christianii nie pozostałyśmy długo, trzeba było pospieszyć ku dalszym uciechom. Jak mówiłam, widziałyśmy raczej wszystko. Ale, co ważniejsze, naprawdę poczułam klimat Kopenhagi. I to jest największa różnica, która mi się nasuwa, kiedy porównuję ją z Oslo. Bo mimo, że mieszkam tu już z okładem dwa miesiące, do tej pory nie udało mi się odkryć klucza do tego miasta. (Ciekawa jestem, dlaczego? Może napiszę o tym osobną notkę :) A Kopenhagę przytuliłam od razu. Jest jednocześnie po skandynawsku porządna i surowa, i po europejsku miejska, wdzięczna i ładna. Trochę wielkopańska, ale bez przesady, daleko jej do rozbuchanego Wiednia. Taka swojska. Są takie miejsca gdzie człowiek od pierwszego wejrzenia czuje się dobrze i miło, i tak właśnie poczułam się w Kopenhadze. W Oslo zawsze się gubię, zapominam nazwy i rozkład ulic, schematy tras mieszają mi się głowie, a tu? Jakby elementy układanki wskakiwały na swoje miejsca. Jakbym podążała czyimś krokiem.
Kopenhaga jest piękna. Kolorowe kamieniczki w drżącym przyćmionym przez mżawkę świetle, rowery, nie przypięte, pozostawione ot tak, w biegu, czekające cierpliwie na właściciela. Piekarnie. Kwiaciarnie. Mokre drzewa w parku Rosenborg. Mokre koty.
A duński jogurt! (musi być przecież o jedzeniu:) Dziesięć koron za litr gęstego pysznego jogurtu, którego nie uświadczysz tu nigdzie - i na pewno nie za taką cenę. Zawsze żałowałam, że nie spróbowałam go podczas mojego pierwszego pobytu w Danii no i teraz mi się udało. Nyhavn.
Myślę, że wrócę jeszcze do Kopenhagi nie raz.
Zwłaszcza teraz, kiedy czuję, że świat tak bardzo się zbliżył.
Jest całkiem pod ręką!
Trzymajcie się ciepło:)
E.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz