No i dopadło mnie. Prędzej czy później musiało, aczkolwiek wierzyłam gorąco, że nastąpi to jednak nieco później (listopad...?), podczas jesienno-zimowych słot i zawiei. Ale dopadło już teraz. Khy, khy, siąp, siąp, ostry norweski klimat, zimne wieczory, chłodne poranki, południowe upały - Erised dopadło przeziębienie.
Ostatni z zapowiadanych na ten tydzień wykładów, środowy, o Złotym Wieku Wikingów, jako jedyny przypomina moje wykłady poznańskie. Oczywiście, nie wszystkie. Oczywiście na UAM-ie nie kazano nam czytać stustronnicowych ustępów z zajęć na zajęcia, ale to, że powinniśmy byli to robić, pozostaje niezaprzeczalnym faktem (patrz: Brencz). Oprócz obligatoryjnego czytania, aby dostąpić zaszczytu pisania egzaminu końcowego, musimy wygłosić ustna prezentację na wybrany temat i napisać pracę zaliczeniową. Brzmi jakoś znajomo: czytanki, referaty, prezentacje, no - wykładowca jest Ukraińcem;)
W czwartek poszłam na pierwsze spotkanie redakcji uniwersyteckiego magazynu The Monthly Moose (Miesięczny Łoś? Łosiowy Miesięcznik? Nie mam pojęcia jak to przetłumaczyć, żeby nie kojarzyło się z czymś takim). Poszłam, bo jak mogłam nie pójść? Mimo wielu nieudanych prób nawiązania rzetelnej, życzliwej i rozwijającej współpracy z różnymi gazetami i ludźmi je tworzącymi, nadal trwałam uparcie w przekonaniu, że jest to możliwe. No i okazało się że tak, jest! Trzeba było jedynie pojechać do cywilizowanego kraju.
Pełen profesjonalizm, zaopatrzenie, życzliwość, entuzjazm, twórcze podejście, zaangażowanie, chęć i troska o to, żeby naprawdę wszystko się udało, zamiast łatania dziur, opylania byle czym, byle jak, bez poczucia misji i zaangażowania. Przyszło chyba ze trzydzieści osób z najróżniejszych krajów, przerzucano się pomysłami, chętnie akceptowano każdą inicjatywę, nowość, ale co najważniejsze wszystko upakowane było w pewną ogólną ramę, a osoba odpowiedzialna za całokształt, wiedziała dokładnie czego potrzeba. Słowem, idealne wprost źródło wzorów i inspiracji, jak redagowanie gazety powinno wyglądać, powinnam wszystko w najdrobniejszych szczegółach spisywać, do wykorzystania, daj milordzie, jak wrócę. Tak mnie to wszystko oszołomiło, że sama nie wiedziałam, w co się angażować - pisanie, redakcję, dobór materiału? Na razie zdecydowałam się na pisanie i reportaże, ale jeśli nadarzy się okazja, może przerzucę się na co innego. W każdym razie teraz mam trzy tygodnie na napisanie artykułu o T-Mobile Nowe Horyzonty :)
W piątek poszłyśmy, tym razem z Tracy, na spotkanie na temat pracy dorywczej, numerów personalnych, podatków, płac i innych bardzo-potrzebnych-informacji, których mój rozumek nie jest w stanie sam ogarnąć (a może i jest, ale wzbrania się wszystkimi aksonami!), więc potrzebuje światłego przewodnictwa. Oświecono nas w sposób wielce satysfakcjonujący (rozumek zdecydował się zrozumieć). Co nie zmienia faktu, że strasznie to wszystko w tej Norwegii sformalizowane - ale może dzięki temu są stanie utrzymać ten nienaganny porządek?
Otóż okazało się, że aby założyć konto w norweskim banku potrzebuję numeru personalnego, zwanego D-number. Ale żeby takowy uzyskać, powinnam mieć pracę, inaczej czeka się miesiąc. Ale do otrzymania wypłaty potrzebuję konta. Błędne koło, nie wiadomo skąd zacząć. Po dłuższym główkowaniu jednak doszłyśmy z Dildorą do wniosku, że najważniejszym ogniwem jest praca - wypłaty nie dostaniemy przecież i tak od razu, a z umową w zębach czeka się na ten nieszczęsny numerek tylko tydzień.
Więc wybrałyśmy się dzisiaj na job-hunting, jakkolwiek to brzmi. Ja, jak to ja, oczywiście bałam się, że znalezienie pracy okaże się koniec końców niemożliwe, bo nie będą chcieli nikogo, kto nie zna norweskiego, że zostanie nam jakiś zmywak (nie żebym jakoś się strasznie wzdragała przed tym, ale jednakowoż wolałabym nie musieć chodzić do tej pracy jak za karę), ale nie. Popytałyśmy w paru miejscach, nie wykazali niechęci, nawet słysząc że nie znamy norweskiego. Nie miałyśmy jednak ze sobą CV, a wszędzie go wymagają, więc zdecydowałyśmy się wrócić w poniedziałek z całym plikiem i szwendać się od jednego sklepu do drugiego.
A wiecie ile wynosi tu minimum za godzinę? 100-120 KORON. W przybliżeniu 60 złotych. Toż to niemal dziesięciokrotne przebicie! Nie dziwota, że na pchlim targu bluzeczki za 100 koron cieszyły się powodzeniem, toż oni nawet godzinę nie muszą na nie pracować.
Z innych ciekawostek mogę Wam powiedzieć, że stałą atrakcją organizowaną przez wszystkie stowarzyszenie studenckie są tutaj cabin trips. Cabins wyglądają mniej więcej tak:
Są to po prostu domki z bali. Rozrzucone po lasach Norwegii czekają na wynajęcie na jeden, kilka czy kilkanaście dni, służą za bazę wypadową do pieszych wędrówek (Norwegowie mają hysia na punkcie hiking), a w przypadku studentów za miejsce do imprezowania. Mi szykują się już co najmniej dwie takie wycieczki i mam szczerą nadzieję, że imprezowanie w norwesko-międzynarodowym wydaniu nie oznacza wyłącznie uchlewanie się na umór bardzo drogim alkoholem i czynności dewastacyjnych. Cóż, cabins nadal stoją...
Powoli wyczerpują mi się Pierwsze Wrażenie wszystkiego. Oczywiście będą mi się przydarzać nadal, jednak na pewno nie w takim stężeniu jak przez pierwsze dwa tygodnie (tylko dwa tygodnie? mam wrażenie jakbym tu była miesiąc). Zastanawiam się więc nad notkami tematycznymi, oprócz tych czysto pamiętnikarskich, może nad jakimś cyklem... Macie jakieś propozycje? Mielibyście ochotę poczytać o czymś konkretnym? Jedzonko? Kultura w Oslo? Przegląd fjordów norweskich? Klubów nocnych? Jestem otwarta na sugestie!
/Uch, jak ja nie lubię być przeziębiona.
Od razu nie mam na nic siły. Jak widać :p/
Trzymajcie się ciepło Czytelnicy!
Do napisania
Wasza
Erised
P.S. Zaczęłam biegać naokoło Sognsvann: blisko i darmo, więc trzeba korzystać. Moje mięśnie zawzięcie protestują przeciwko codziennej dawce czterech kilometrów, ale cóż, przyzwyczają się ;)
W czwartek poszłam na pierwsze spotkanie redakcji uniwersyteckiego magazynu The Monthly Moose (Miesięczny Łoś? Łosiowy Miesięcznik? Nie mam pojęcia jak to przetłumaczyć, żeby nie kojarzyło się z czymś takim). Poszłam, bo jak mogłam nie pójść? Mimo wielu nieudanych prób nawiązania rzetelnej, życzliwej i rozwijającej współpracy z różnymi gazetami i ludźmi je tworzącymi, nadal trwałam uparcie w przekonaniu, że jest to możliwe. No i okazało się że tak, jest! Trzeba było jedynie pojechać do cywilizowanego kraju.
Pełen profesjonalizm, zaopatrzenie, życzliwość, entuzjazm, twórcze podejście, zaangażowanie, chęć i troska o to, żeby naprawdę wszystko się udało, zamiast łatania dziur, opylania byle czym, byle jak, bez poczucia misji i zaangażowania. Przyszło chyba ze trzydzieści osób z najróżniejszych krajów, przerzucano się pomysłami, chętnie akceptowano każdą inicjatywę, nowość, ale co najważniejsze wszystko upakowane było w pewną ogólną ramę, a osoba odpowiedzialna za całokształt, wiedziała dokładnie czego potrzeba. Słowem, idealne wprost źródło wzorów i inspiracji, jak redagowanie gazety powinno wyglądać, powinnam wszystko w najdrobniejszych szczegółach spisywać, do wykorzystania, daj milordzie, jak wrócę. Tak mnie to wszystko oszołomiło, że sama nie wiedziałam, w co się angażować - pisanie, redakcję, dobór materiału? Na razie zdecydowałam się na pisanie i reportaże, ale jeśli nadarzy się okazja, może przerzucę się na co innego. W każdym razie teraz mam trzy tygodnie na napisanie artykułu o T-Mobile Nowe Horyzonty :)
W piątek poszłyśmy, tym razem z Tracy, na spotkanie na temat pracy dorywczej, numerów personalnych, podatków, płac i innych bardzo-potrzebnych-informacji, których mój rozumek nie jest w stanie sam ogarnąć (a może i jest, ale wzbrania się wszystkimi aksonami!), więc potrzebuje światłego przewodnictwa. Oświecono nas w sposób wielce satysfakcjonujący (rozumek zdecydował się zrozumieć). Co nie zmienia faktu, że strasznie to wszystko w tej Norwegii sformalizowane - ale może dzięki temu są stanie utrzymać ten nienaganny porządek?
Otóż okazało się, że aby założyć konto w norweskim banku potrzebuję numeru personalnego, zwanego D-number. Ale żeby takowy uzyskać, powinnam mieć pracę, inaczej czeka się miesiąc. Ale do otrzymania wypłaty potrzebuję konta. Błędne koło, nie wiadomo skąd zacząć. Po dłuższym główkowaniu jednak doszłyśmy z Dildorą do wniosku, że najważniejszym ogniwem jest praca - wypłaty nie dostaniemy przecież i tak od razu, a z umową w zębach czeka się na ten nieszczęsny numerek tylko tydzień.
Więc wybrałyśmy się dzisiaj na job-hunting, jakkolwiek to brzmi. Ja, jak to ja, oczywiście bałam się, że znalezienie pracy okaże się koniec końców niemożliwe, bo nie będą chcieli nikogo, kto nie zna norweskiego, że zostanie nam jakiś zmywak (nie żebym jakoś się strasznie wzdragała przed tym, ale jednakowoż wolałabym nie musieć chodzić do tej pracy jak za karę), ale nie. Popytałyśmy w paru miejscach, nie wykazali niechęci, nawet słysząc że nie znamy norweskiego. Nie miałyśmy jednak ze sobą CV, a wszędzie go wymagają, więc zdecydowałyśmy się wrócić w poniedziałek z całym plikiem i szwendać się od jednego sklepu do drugiego.
A wiecie ile wynosi tu minimum za godzinę? 100-120 KORON. W przybliżeniu 60 złotych. Toż to niemal dziesięciokrotne przebicie! Nie dziwota, że na pchlim targu bluzeczki za 100 koron cieszyły się powodzeniem, toż oni nawet godzinę nie muszą na nie pracować.
Z innych ciekawostek mogę Wam powiedzieć, że stałą atrakcją organizowaną przez wszystkie stowarzyszenie studenckie są tutaj cabin trips. Cabins wyglądają mniej więcej tak:
Są to po prostu domki z bali. Rozrzucone po lasach Norwegii czekają na wynajęcie na jeden, kilka czy kilkanaście dni, służą za bazę wypadową do pieszych wędrówek (Norwegowie mają hysia na punkcie hiking), a w przypadku studentów za miejsce do imprezowania. Mi szykują się już co najmniej dwie takie wycieczki i mam szczerą nadzieję, że imprezowanie w norwesko-międzynarodowym wydaniu nie oznacza wyłącznie uchlewanie się na umór bardzo drogim alkoholem i czynności dewastacyjnych. Cóż, cabins nadal stoją...
Powoli wyczerpują mi się Pierwsze Wrażenie wszystkiego. Oczywiście będą mi się przydarzać nadal, jednak na pewno nie w takim stężeniu jak przez pierwsze dwa tygodnie (tylko dwa tygodnie? mam wrażenie jakbym tu była miesiąc). Zastanawiam się więc nad notkami tematycznymi, oprócz tych czysto pamiętnikarskich, może nad jakimś cyklem... Macie jakieś propozycje? Mielibyście ochotę poczytać o czymś konkretnym? Jedzonko? Kultura w Oslo? Przegląd fjordów norweskich? Klubów nocnych? Jestem otwarta na sugestie!
/Uch, jak ja nie lubię być przeziębiona.
Od razu nie mam na nic siły. Jak widać :p/
Trzymajcie się ciepło Czytelnicy!
Do napisania
Wasza
Erised
P.S. Zaczęłam biegać naokoło Sognsvann: blisko i darmo, więc trzeba korzystać. Moje mięśnie zawzięcie protestują przeciwko codziennej dawce czterech kilometrów, ale cóż, przyzwyczają się ;)

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńBędę monotematyczny... Sam Dunn, kanadyjski antropolog kręcąc swój film "Metal: A Headbanger's Journey" zawitał do Norwegii. Na lotnisku zapytany o czym będzie jego film odpowiedział - o muzyce metalowej. Odpowiedź celnika zabrzmiała: "O black metalu?".
OdpowiedzUsuńStąd też moje pytanie: czy oprócz tego, że norwescy metalowcy wyglądają rzeczywiście jak wcielona armia satanistycznych pand, to faktycznie Norwegia stoi piekielnym jazgotem?
Pozdrawiam
Pan Wcale Niezainteresowany Tylko Jednym
P.S.: Literówka się mi wkradła
No to Cię muszę zmartwić - nic takiego na razie nie zauważyłam. Ale:
Usuń- obracam się głównie w międzynarodowym towarzystwie
- większość Norwegów widuję w godzinach pracy lub zajęć
- pracuję w barach nastawionych pop-kulturowo
Więc to na razie o niczym nie świadczy ;)