Pogoda w Oslo zwodniczą jest. Człowiek myśli, że ciepło, przez szyby słońce grzeje jak zwariowane, wybiega na dwór, a tu przez gołe nóżki, gołe rączki przebiega dreszcz w rozmiarze niebo-tycznym. Na słońcu faktycznie jest niemalże gorąco. Gdy wejść natomiast w cień, zaraz temperatura spada dramatycznie o dobre kilka stopni. Tak samo wieczorem. Liczę, że mój organizm to wytrzyma ;)
Nalewaczem piwa okazuję się wcale dobrym! Nie jest to w końcu takie trudne. Gorzej jest natomiast w wydawaniem reszty, Erised nie powinna zajmować się matematyką w trudnych warunkach ciągłego pośpiechu (nie mówię, że w ogóle powinna...). Tym niemniej po początkowych trudnościach nauczyłam się chyba na pamięć ile wydawać z każdej kwoty za taką, a taką liczbę piw.
Samego festiwalu nie zdążyłam jeszcze zakosztować, może poza wątpliwej urody koncertem hiphopowym, który zagłuszał nas przy barze wczorajszego wieczora (to jednak zdecydowanie nie moja bajka). Gdybym zdecydowała się pracować jutro na imprezie z okazji otwarcia semestru, posłuchałabym więcej, ale kończyć pracę o 3:30 nad ranem wcale mi się nie uśmiecha. Nie mam pojęcia czym miałabym dotrzeć do Kringsja, chyba jakimś nocnym autobusem, ale czort je wie, jak, gdzie i kiedy jeżdżą.
Więc obstaję przy namiotach, jednym na kampusie w Blindern, drugim na HiOA, szkole zawodowej i pedagogicznej zainstalowanej na terenie dawnego browaru (skąd my to znamy:) na Frogneseteren. Piękna to okolica swoją drogą. Pospacerowałam tam sobie dzisiaj, raczej przypadkiem, bo chciałam dotrzeć do parku Vigelanda, ale tak spodobało mi się jeżdżenie tramwajami, że się tak przesiadałam z jednego w kolejny, aż wyszło, że kręcę się w głównej mierze w kółko. Więc wysiadłam i poszłam, tak, o, przed siebie, gdzieś na azymut Majorstuen, a potem Vigelandsparken. I trafiłam!
Park jako park jest piękny: mięciutka zielona trawka, równo ładnie przycięta, żwirowe alejki otulone szpalerem drzew. Natomiast główna atrakcja parku, czyli rzeźby Vigelanda, są w moim odczuciu koszmarne i nie powinny tam stać, bo mogą straszyć dzieci (których swoją drogą było bardzo dużo, nie bardzo różowych i z porządnymi turystycznymi plecaczkami, tylko w miniaturze). Nawiązują mam wrażenie, do estetyki realnego socjalizmu, jak wiemy z autopsji, mocno wątpliwej. Gromady nagich, wykutych w szarym granicie postaci ludzkich, kłębiących się, stojących, siedzących, patrzących na siebie, przytulających, odpychających, z górującym nad nimi obeliskiem z powykręcanych ludzkich ciał. Mam skojarzenia z Voldemortem...
A potem spotkałyśmy się z Karoliną, koleżanką z czasów i studiów, których wolałabym nie pamiętać, i prawie mi się udaje. Zauważam, że coraz ciężej mi opowiadać o przyczynach rezygnacji z kogni, bo po prostu wszystko mi się zaciera, już dawno tamte wydarzenia przestały być warte trzymania w głowie i trucia okolicy. No, a że cała trauma już dawno minęła, więc nie miałam żadnych obiekcji przeciwko zobaczeniu się po tylu... ilu? Siedmiu miesiącach. Tyle czasu.
Połaziłyśmy znów po Akershus - nie miałam pojęcia, że ta twierdza jest taka wielka, okazuje się, że w piątek zwiedziłam tylko malutką jej część. Potem po centrum Oslo (pamiętam już mniej więcej układ ulic niedaleko nabrzeża!), i na koncert filharmonii narodowej, na scenie przed Ratuszem (ja wiem, czy on taki aż obrzydliwy? zaczynam mieć wątpliwości), zupełnie darmowy. Grali 9. Symfonię Bethoveena i jakem mało umiejętna w rozpoznawaniu melodii, zwykle bowiem po koncercie wiem, że mi się podobało lub nie, zdawałam się rozpoznawać niektóre fragmenty z jakichś filmów czy bajek. No, na końcu oczywiście odśpiewali Odę do radości w szlachetnym folksdojczkim języku, i zaraz potem się zmyłyśmy, mało wytrwałe na dotyk Sztuki.... Albo po prostu śpiące. Piwo, rozumiecie.
Najgorsze jest to, że nie dostałam swojego obligatoryjnego kuponiku na Carlsberga, bo dziewczyna piastująca nad nimi pieczę nie dotarła do czasu naszego wyjścia. A piwo, jak wiadomo, w Norwegii chodzi niemalże na sztabki złota. A co najmniej 59 Kr (panie, 33 złote za pół litra lanego?!)
Życzcie mi powodzenia, jutro ostatecznie rejestruję się na kursy i stoję za barem do północka.
Powinna iść spać.
Zatem - dobranoc Wam z serca chłodnej i ciemnej norweskiej nocy!
Do napisania
Erised
P.S. Picasa będzie. Najbliżej w sobotę.
Matko Bosko, zgapiłam się całkowicie, a ile tu zaległości! Mam lekturę na drogę do Alma Mater :)!
OdpowiedzUsuńMyślisz, że mój blogasek zdoła Ci ją umilić? :P
UsuńP.S. Czy Ty masz pojęcia jak ciężko znaleźć tu kartki pocztowe? Sprzedają je chyba tylko w muzeach ;/