W piątek wszystko zaczęło się od zakupów. Musiało, bo zaopatrzona byłam jedynie w herbatę. Na samej herbacie owszem, trochę jechać się da, zwłaszcza jak człowiek ma żołądek ściśnięty na supełek, ale takiej z cukrem. A cukru też nie miałam.
Więc poszłam się zmierzyć z demonem zakupów w Norwegii. Nie powiem ile to ja się nasłuchałam, jak koszmarnie drogo jest w Norwegii, jak mnie będzie stać jedynie na jogurt i tuńczyka od czasu do czasu, jak chleb kosztuje tam na nasze dwadzieścia złotych. No cóż, po czymś takim przygotowana byłam przetrwać faktycznie o jogurcie.
Cóż, okazało się, że sporo z tego, co usłyszałam było mocno przesadzone. Wspomagając się informacjami nabytymi wśród współlokatorów i na tym blogu zrobiłam zakupy za mniej więcej równowartość tego, co zapłaciłabym w Biedronce, w sklepie znajdującym się o rzut beretem i wcale nie było to Kiwi, które podobno miało być tym najtańszym. Była to Meny, taki nasz Piotr i Paweł, tylko sprzedający produkty tańszych linii jak słynny tutaj First Price, tańszy o około 70% od tych klasycznych. Więc kolejny mit został obalony.
Po śniadaniu pojechałam wreszcie do miasta. Na początku zahaczyłam o kampus, żeby uzyskać potwierdzenie, że faktycznie przyjechałam. Naprawdę ROBI WRAŻENIE. To zespół około dwudziestu czy dwudziestu paru budynków zgromadzonych na jednym ze wzgórz Oslo. Z tego, co zdążyłam zauważyć znajduje się tam wszystko, po prostu wszystko łącznie z apteką, odpowiednikiem naszego empiku, kawiarniami i sklepami. Największa ze wszystkich jest biblioteka, gigantyczny gmach wsparty na szeregu czarnych marmurowych kolumn. Wlazłam oczywiście do środka i tak, od środka też jest niesamowita - bardziej jak jakieś centrum konferencyjne z kawiarnią i salami wykładowymi po lewej, a czytelnią i magazynem po prawej.
Na kampusie zdobyłam darmową turystyczną mapkę, z której wynikało, że do centrum jest z Blindern jakieś trzy czy cztery kilometry, więc stwierdziłam, że nie ma co kupować biletu i znakomicie zrobi mi taki spacerek. Zwłaszcza, że wyjątkowo trudno byłoby mi się zgubić na przestrzeni pięciu kilometrów kwadratowych...
Więc poszłam mniej więcej na fjord. I tak sobie łaziłam, wałęsałam się to tu to tam, oglądałam kolorowe domki, wyżej drewniane, a w miarę schodzenia bliżej centrum murowane, pięknie ozdobione, z balkonikami na wzór altanek zastawionymi drewnianymi krzesełkami i kwiatami. Było dość pustawo, bardzo przyjemne zjawisko po zatłoczonych ulicach miast południa, zielono, Oslo to niesamowicie zielone miasto. Oczywiście ze trzy razy poszłam nie w tą stronę trafiając na przykład w jakąś chyba bardziej luksusową okolicę, Gimle treasse, skąd roztaczał się rewelacyjny widok na fjord.
Ale wreszcie trafiłam na park otaczający pałac królewski. Norweski pałac królewski jest wielkości, no ja wiem? Zamku w Łańcucie? A zdecydowanie mniej ozdobny, prosta bryła z kolumnadowym portykiem. Przed nim stoi pomnik króla Karola III Jana na koniu (zauważam tu analogię...:) Z zamku posadowionego na wzgórzu rozpościera się widok na Karl Johans Gate, centrum turystyczne, handlowe i kulturalne w Oslo. No, tam już jednak było tłoczno, i to zarówno od turystów jak i miejscowych. Trudno mi cokolwiek oceniać na pierwszy rzut oka, ale Karl Johans Gate wygląda na miejsce, gdzie po prostu się chodzi i bywa.
Posiedziałam chwilę na trawniczku przed jakimś ładnym budynkiem (potem okazało się, że to parlament...) i poszłam wreszcie nad ten fjord, bo mnie ciągnęło do wody jak nie wiem co. No i... nie bardzo wiem jak to wszystko ogarnąć słowami, nie umiem tego nazwać, określić, opisać plastycznie i wiernie. Podejrzewam, że na tym polega niezwykłość Norwegii, że człowiek nie wie, jak ją opowiedzieć - takie zagadkowe połączenie prostoty, zwyczajności i czegoś do szaleństwa niepojmowalnego. Sami zobaczcie, no niby wychodzi się na plac - ale to nie jest plac. Na zatokę, nabrzeże, port, przystań - ale to nie jest żadne z nich. To coś z każdego i zarazem wyższego niż wszystkie. Ja tak to przynajmniej odczuwam. I ten ratusz, i te fontanny, kwiaty, promy, trzeba by Hemingwaya albo Doris Lessing...
Sami widzicie. Potęga w prostocie. Na pierwszy rzut okaz człowiek patrzy i nic. Potem wraca do domu i uświadamia sobie co widział...
Siedziałam na tej Przystani-nie-Przystani już sama nie wiem ile. Potem się zebrałam i poszłam do twierdzy Akershus. I kurde, to samo.
Sama się właśnie w tym momencie oświeciłam.
Z Akershus wróciłam już do akademika, nawet-nawet głodna.
A wieczorem przystąpiłyśmy: Arum, Sherry, Etiopka i ja do sprzątania kuchni, która była zasyfiała koszmarnie. Tulendra, mój sąsiad Nepalczyk, który mieszka tu już drugi rok mówił, że w zeszłym semestrze mieli tutaj dwóch ziomków Hiszpanów czy innych Arabów, którzy wiecznie urządzali dzikie imprezy na 50 osób, natomiast nigdy po nich nie sprzątali. Wyobrażacie sobie jak to wyglądało. Arum i Etiopka, które wprowadziły się tu tydzień temu mówiły, że i tak już trochę posprzątały, wywaliły baterię butelek, śmieci, ale i tak wyrzuciłyśmy jeszcze ze cztery wory, w tym dwa wory z balkonu. Ale i tak najgorszy był piekarnik - kopalnia węgla rodem z How clean is your house. Wyczyściłam go ile mogłam zdzierając sobie skórę z rąk, ale teraz da się w nim coś upiec! Arum wszystko dokładnie dokumentowała z zapartym tchem ;)
No, około 22 wszystko zostało doprowadzone do jakiego takiego ładu i porządku. Oczywiście można by się zmagać i szorować wszystko miejsce po miejscu (gdybym była sama to pewnie bym tak zrobiła...) ale bez przesady, jest raczej czysto. A co najważniejsze, pobyliśmy trochę razem a nic nie łączy tak, jak wspólna praca, no nie? :)
Wczoraj natomiast wybrałam się na Holmenkollen. COŚ NIESAMOWITEGO. Już samo to, że kolejka wspina się na najwyższy szczyt Oslo mijając domki wyglądające jak usadowione w środku lasu, drewniane, kolorowe, schludne i zadbane, ale rozlokowane z jakąś swobodną beztroską, to tak, to tak, bokiem, przodem, tyłem, jak-się-dało. Skocznia: wielka, ale umiejętnie wkomponowana w przyrodę, zadbana, ale otoczona zwykłymi chaszczami i kwieciem, które chyba ze względu na krótki okres wegetacyjny kwitnie wszystkie naraz. I widoki, widoki, widoki...
Nie będę wklejała już zdjęć, bo notka będzie za długa, możecie je za to obejrzeć na facebookowym profilu Fjordologii stosowanej. A jak ktoś nie posiada Facebooka - pomyślę nad Picasą.
A tymczasem
całusy
ze słonecznej Norwegii
śle
Erised
Erised! Eirsed! A może, tak na kanwie słynnego programu "Mythbusters" obalisz (lub potwierdzisz) mit, że w Norwegii po ulicy hasają sobie "jak gdyby nigdy nic" zue, mhroczne i trve misie panda (czyt. miłośnicy harczenia, bulgotania i jedzenia kotów alias black metalowcy)?
OdpowiedzUsuńJak tylko zbiorę reprezentatywną grupę badawczą społeczności norweskiej, na pewno dam znać, jak duże jest w niej stężenie black metalu :D
OdpowiedzUsuń\m/