Wiecie, na czym teraz siedzę?
Na krześle.
A gdzie?
We własnym pokoju. Nie w bibliotece, kuchni, tudzież gdzieś na obcym niebie.
We własnym pokoju, bo we wtorek oddali mi meble! Tyle szczęścia!
***
UNICA udała się nieźle, a w każdym razie uczestnicy byli nad wyraz zadowoleni. To chyba w tym wszystkim najważniejsze. Dostali całe mnóstwo dobrego jedzenia, zapewniono im różnorakie rozrywki, prowadzono jak dzieci w te i we wte tak, że o nic nie musieli się martwić, ba! nie musieli nawet za dużo myśleć, co też, dla Polaków chociażby, jest całkiem miłą odmianą;)
A czy Wy wiecie w ogóle czym jest ta UNICA? Mówiłam Wam? Nawet jeśli tak, to powiem znowu: UNICA to organizacja zrzeszająca studentów i pracowników 43 europejskich stołecznych uniwersytetów, mająca na celu usprawnianie współpracy między nimi. Chce też, jak jest napisane na ich stronie być przodownikiem we wprowadzaniu sprawnie działającego systemu bolońskiego. Czyli jednym słowem UNICA partycypuje przy takich programach jak Erasmus czy międzyuczelnianych projektach naukowych.
W tym roku konferencja UNIKI miała się odbyć tu w Oslo, a że miało tu być przedsięwzięcie dużego kalibru, to już od początku roku szukano wolontariuszy. Znaleziono ich całkiem sporo, pojechaliśmy na cabin trip do Nordmarki o której pisałam już tutaj, podszkoliliśmy się (głównie w korzystaniu w wygódki) i.. to by było na tyle. Czas leciał, kolejnych szkoleń ani widu ani słychu. Oprócz dwóch wycieczek po mieście i kampusie, kiedy ogólnikowo pokazano nam gdzie co ma się odbywać, nie przekazano nam żadnych dodatkowych informacji. I to się na nas odbiło nie lada jakim echem...
Chaos. Tłum i dezorganizacja, decyzje podejmowane na gorąco, często sprzeczne ze sobą, niepotrzebne albo zdublowane, bo każde z trojga zarządzających wydawał je bez konsultacji z pozostałą dwójką. Gruntowne, gruntowne braki w przepływie informacji, która jest przecież o niebo ważniejsza niż jakieś tam orzeszki na przerwie kawowej! Brak planu, brak rozpisanych zadań: godzinowo i tematycznie. Czy tego można się było tego spodziewać po Uniwersytecie w OSLO? Ja się nie spodziewałam i byłam bardzo niemile zaskoczona. Może zamiast myśleć o wszystkim innym (jedzenie, zabawa, wycieczki, uprzejmości zwalające z nóg), należałoby zaprząc tę głowę do roboty? Wtedy na pewno takie wpadki jak niedoszkolenie wolontariuszy czy nieudostępnienie planu budynku uczestnikom forów z pewnością by się nie zdarzyły.
Ale zauważyłyśmy z Basią w tym szaleństwie pewną, norweską, metodę, której jesteśmy zagorzałymi przeciwniczkami. Cokolwiek socjalistyczną. Otóż: myśleć za innych. Zamiast dać ludziom potrzebne informacje (mapkę, plan, rozkład budynku, harmonogram sesji plenarnych) założono, że wszędzie będzie się tych biednych uczestników prowadzić jak stado tępych baranków, które na pewno sobie same nie poradzą. Trzeba się nimi opiekować jak dziećmi. Trzeba podstawiać im pod nos, pokazywać, uśmiechać się i ciągnąć za sobą. Przypominać. Ponaglać. Zaganiać. No naprawdę, już w pewnym momencie czułam się jak pies pasterski.
Ale dość tych żali. Wszak, jak napisałam na początku, wszystkim uczestnikom bardzo się podobało (może lubią pobyć czasem stadem baranków...), a to oni mieli być zadowoleni. Nie powiem, atrakcji dostarczono nam wszystkim co nie miara! W środę wieczorem mieliśmy okazję wysłuchać koncertu Terje Isungset - muzyka, który gra na lodowych instrumentach. Miejsce też wybrano bardzo szczególne - był to taras widokowy przed dziewiętnastowieczną hyttą, ulokowaną na szczycie najwyższego wzniesienia górującego nad Oslofjordem. Było już ciemno, miasto lśniło tysiącami świateł, a Terje grał tak:
Po więcej informacji możecie sięgnąć tutaj: oficjalna strona Terje Isungset.
Po koncercie odbyła się kolacja, jak zwykle pyszna. W czwartek nie brałam specjalnego udziału w pobocznych rozrywkach, jedynie w akcji Sustainability in Focus - zbiorze akcji promujących, a jakże, sustainable development. Można było na przykład zmiksować sobie smoothie... pedałując na rowerku:) A podobno potem i w Ratuszu, i w Luna Park Barze było fajnie.
W piątek fora odbywały się w Georg Svedrups Hus, czyli uniwersyteckiej chlubie, bibliotece humanistycznej. Jest z czego być dumnym:
W tym roku konferencja UNIKI miała się odbyć tu w Oslo, a że miało tu być przedsięwzięcie dużego kalibru, to już od początku roku szukano wolontariuszy. Znaleziono ich całkiem sporo, pojechaliśmy na cabin trip do Nordmarki o której pisałam już tutaj, podszkoliliśmy się (głównie w korzystaniu w wygódki) i.. to by było na tyle. Czas leciał, kolejnych szkoleń ani widu ani słychu. Oprócz dwóch wycieczek po mieście i kampusie, kiedy ogólnikowo pokazano nam gdzie co ma się odbywać, nie przekazano nam żadnych dodatkowych informacji. I to się na nas odbiło nie lada jakim echem...
Chaos. Tłum i dezorganizacja, decyzje podejmowane na gorąco, często sprzeczne ze sobą, niepotrzebne albo zdublowane, bo każde z trojga zarządzających wydawał je bez konsultacji z pozostałą dwójką. Gruntowne, gruntowne braki w przepływie informacji, która jest przecież o niebo ważniejsza niż jakieś tam orzeszki na przerwie kawowej! Brak planu, brak rozpisanych zadań: godzinowo i tematycznie. Czy tego można się było tego spodziewać po Uniwersytecie w OSLO? Ja się nie spodziewałam i byłam bardzo niemile zaskoczona. Może zamiast myśleć o wszystkim innym (jedzenie, zabawa, wycieczki, uprzejmości zwalające z nóg), należałoby zaprząc tę głowę do roboty? Wtedy na pewno takie wpadki jak niedoszkolenie wolontariuszy czy nieudostępnienie planu budynku uczestnikom forów z pewnością by się nie zdarzyły.
Ale zauważyłyśmy z Basią w tym szaleństwie pewną, norweską, metodę, której jesteśmy zagorzałymi przeciwniczkami. Cokolwiek socjalistyczną. Otóż: myśleć za innych. Zamiast dać ludziom potrzebne informacje (mapkę, plan, rozkład budynku, harmonogram sesji plenarnych) założono, że wszędzie będzie się tych biednych uczestników prowadzić jak stado tępych baranków, które na pewno sobie same nie poradzą. Trzeba się nimi opiekować jak dziećmi. Trzeba podstawiać im pod nos, pokazywać, uśmiechać się i ciągnąć za sobą. Przypominać. Ponaglać. Zaganiać. No naprawdę, już w pewnym momencie czułam się jak pies pasterski.
| Zestaw Małego Wolontariusza |
Ale dość tych żali. Wszak, jak napisałam na początku, wszystkim uczestnikom bardzo się podobało (może lubią pobyć czasem stadem baranków...), a to oni mieli być zadowoleni. Nie powiem, atrakcji dostarczono nam wszystkim co nie miara! W środę wieczorem mieliśmy okazję wysłuchać koncertu Terje Isungset - muzyka, który gra na lodowych instrumentach. Miejsce też wybrano bardzo szczególne - był to taras widokowy przed dziewiętnastowieczną hyttą, ulokowaną na szczycie najwyższego wzniesienia górującego nad Oslofjordem. Było już ciemno, miasto lśniło tysiącami świateł, a Terje grał tak:
Po koncercie odbyła się kolacja, jak zwykle pyszna. W czwartek nie brałam specjalnego udziału w pobocznych rozrywkach, jedynie w akcji Sustainability in Focus - zbiorze akcji promujących, a jakże, sustainable development. Można było na przykład zmiksować sobie smoothie... pedałując na rowerku:) A podobno potem i w Ratuszu, i w Luna Park Barze było fajnie.
W piątek fora odbywały się w Georg Svedrups Hus, czyli uniwersyteckiej chlubie, bibliotece humanistycznej. Jest z czego być dumnym:
| Mały overlook stanowiska wolontariackiego. Proszę zwrócić uwagę na Kjølevig stone, to bardzo szacowne towarzystwo. |
Jest naprawdę piękna. W południe kwartet smyczkowy filharmonii dał koncert w ramach cyklu Lunch ze sztuką, a potem, wieczorem, odbył się uroczysty obiad na zakończenie konferencji, a po obiedzie mniej uroczysta imprezka;)
W sobotę dołączono do UiO Festivalen i znowu obżerano się nieprzyzwoicie, i słuchano jakichś koncertów. Ja leczyłam żołądek po trzech dniach pysznych veggie lunches.
No i czyż nie miałam racji, że więcej było tego poza niż samej konferencji?
Zmydl im oczy, nie zauważą niedociągnięć? Niech będzie. Od tego są zasoby :)
Tymczasem czymcie się ludziska,
Do napisania!
E.
Tymczasem u nas na konferencji ludoznawczej uczestnicy mieli rzecz jasna do pomocy wolontariuszy, ale mieli też piękny plan miasta i raczej sami sobie radzili. I dzięki temu na własną rękę mogli sobie troszeczkę zwiedzić Poznań (głównie też dlatego, że obecnie w Poznaniu lepiej jest się przejść niż korzystać z tramwaju:D). Ale, że chaos na konferencji w Oslo? Jestem trochę w szoku, bo to ponoć oni tacy dokładni, porządni i poukładani.
OdpowiedzUsuńKisski ;))
Prawda? Dlatego właśnie byłam w szoku, bo spodziewałam się germańskeigo szalonego ordnungu. Ale to chyba trochę wina tej trójki organizatorów - głównie przejmowali się tym, żeby być uprzejmym i dobrze wyglądać a nie pracować.
UsuńNo właśnie, a tutaj nie mieli ani chwili czasu do dowolnego rozplanowania: każdą minutę rozplanowano za nich. I mimo, że nie miałam okazji jakoś z nimi więcej pogadać, to słyszałam, że niektórzy mieli ochotę SAMI sobie coś pozwiedzać, a nie być oprowadzanym jak kuce po okólniku...
No tak, Poznań powinien teraz wypromować jakąś akcję "Poznań piechotą" albo "Poznań krok po kroku", bo Kaponiera przestała dawno cokolwiek przypominać, z tego co tam widziałam :D
Buźka!