Kilka dni temu Arum postanowiła urządzić koreańską kolację. To znaczy - postanawiała już wcześniej kilkakrotnie i dopiero jakoś w piątek udało jej się wprowadzić słowo w czyn.
Smażony, cholera, czyn. Muszę przyznać, że nawet zapaliłam się do wizji koreańskiego ryżu z pastami, wodorostami i świeżymi warzywami, bo to głównie Arum jadła przez ostatni miesiąc. Sami przyznacie, że dla wątroby w kiepskiej kondycji, jak moja, takie menu, świeże i lekkostrawne, byłoby nadzwyczaj wskazane. Nie dane jej jednak było odpocząć! Arum stwierdziła, że zrobi coś czego w Korei nie jada się zazwyczaj, a jak już, to na przystawkę, to jest coś w rodzaju warzywnego omleto-naleśnika. I co z tego, że był bardzo smaczny, jak ani zjeść za dużo nie można, ani cieszyć się, że dobre, bo podświadomie czuje się już ten ból w kiszkach... Trzeba twardym być, ot co.
| Będzie się jadło |
| Je się. Su Chin (?) na gościnnych występach i Lijan. Kapusta na farikal w tle. |
Na deser Maeza przygotowała nam tradycyjnie parzoną etiopską kawę. Nie jestem ani smakoszem ani znawcą kawy (to chyba powinno się jakoś uzupełniać, a skoro mi na jednym nie zbywa, to i drugie tak czy inaczej będzie kulało...), ale podobnież etiopska kawa jest jedną z najlepszych na świecie (w międzyczasie przeczytałam co nieco na ten temat - istotnie, jest to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza kawa na świecie). więc Maeza przygotowała ją zgodnie z kawową ceremonią - do gotującej się w specjalnym dzbanku wody wsypała kilka łyżeczek zmielonej kawy i postawiła z powrotem na ogień. Po kilku minutach zdjęła dzbanek i wlała każdemu po troszkę do kubka. Niewielka ilość nie wynikała z faktu, że w dzbanku było niewystarczająco dla każdego, ale stąd, że dokładnie tak wygląda porcja kawy, jaką pije się w Etiopii. Potem Maeza dolała wody i zagotowała ponownie - znów nie dlatego, że ktoś by się jeszcze napił, tylko dlatego, że tak przebiega zwyczaj. (A tak z kolei przebiega zagęszczanie opisu antropologicznego ;) Pierwsza kolejka kawy jest bardzo mocna, ze względu na podwójne gotowanie, podczas którego uwalnia się więcej kofeiny niż przy zwykłym zalewaniu kawy wrzątkiem. Nosi ona nazwę abol. Druga, słabsza kolejka, nazywa się t'ona. Cała ceremonia zamyka się w trzech kolejkach kawy, z najsłabszą bereką na samym końcu.
| Tradycyjny dzbanek do parzenia kawy, dziebena. Zrobiony z gliny, ryty na brzuścu w proste geometryczne wzory, zatykany od góry drewnianym korkiem na szpatułce. Bałagan w tle |
![]() |
| Dzbanek na ogniu |
| Leje się kawa... |
I muszę przyznać, że mimo wątroby, mimo wrodzonej niechęci do kawy, wypiłam połowę swojej porcji. Ale chyba nie obeszło się bez krzywienia, bo reszta dziewczyn zaśmiewała się ze mnie mimo moich zapewnień, że kawa jest naprawdę bardzo, bardzo dobra. Bo była - gęsta, ciepła i ciężka od aromatu - tak chyba powinna smakować kawa?
| Etiopska kawa w kubku z IKEI, a jakże :) |
No i cóż, moi drodzy. Wygląda na to, że z bloga fjordem pisanego robi mi się blog jedzeniem pisany;) Ale to taki wdzięczny temat, poza tym - gdzie indziej miałabym okazję doświadczyć parzenia etiopskiej kawy przez Etiopkę? (Zapewne w Etiopii. Ale aż tam się na razie nie wybieram.) Rozmawiałyśmy o tym niedawno w Dildorą - na takim wyjeździe człowiek zdobywa doświadczenie, którego nie da się kupić za żadne pieniądze, chociażby prozaiczne, wydawałoby się, picie kawy. Ale jakiej kawy, w jakim towarzystwie! Albo jedzenie. Albo chodzenie po mieście. Albo rozmawianie.
Prawda jest taka, że w tym momencie picie piwa (czy może akevitt;) schodzi u mnie na dalszy plan. Jednak do Norwegii mam o niebo bliżej i jeżeli będę chciała się z Norwegami bratać to wystarczą dwie godziny lotu, workaway.com, couchsurfing, czy cokolwiek innego za nieduże pieniądze. Natomiast obiadować z Koreanką z Seulu, Etiopką czy Chinkami to niebagatelny fart :)
A Nepalczycy to barany, no co poradzę. Stanowią twardy przykład na poparcie teorii o rychłym wyginięciu gatunku męskiego. Albo teorii brakującego ogniwa. Chcecie przykładu?
Tulendra gotuje. Dildora przyszła upiec ze mną ciasto, ciasto ma się ku końcowi. Dili, zainteresowana, co też ten zadowolony z siebie nieszczęśnik czyni, pyta się.
- Co gotujesz?
- Curry!
- Curry z kurczakiem?
- Yes!
- A co to za mięso tu rozmrażasz?
- To jest jagnięcina!
- Uhm. I dodasz ją, tak?
- Yes!
- (Ja, z rozbawieniem) Ale dalej jest to curry z kurczakiem?
- Yes!
Może jestem etnocentryczna. Jedno jest pewne - przez dłuższy czas nie będę mogła patrzeć na curry, oni to żrą na okrągło, już sami pachną jak curry! I wszystko wiecznie jest w tym żółtym oleistym sosie.
No, mniejsza.
Nawiedził nas w tym tygodniu prezydent Korei Południowej i Arum została zaangażowana do pomocy przy organizacji całej tej fety. Mnie to dotknęło tylko w jednym wymiarze, musiałam okrążać kordon policyjny pilnujący głównego wejścia do biblioteki, gdzie prezydent wygłaszał wykład. A potem zakazano mi się wychylać przez barierkę celem zobaczenia co to tam właściwie się dzieje.
Za to Arum przez trzy ostatnie dni nie widziałam, dopiero dziś po południu prezydent sobie pojechał i wróciła z prezentem, który miał być dla jakiegoś ministra, ale kilku się nie zjawiło, więc wolontariusze sobie je mogli zabrać. Zawierał między innymi dwa zegarki, męski i damski. Dobrze jest kurczę pracować dla takiego prezydenta, no nie? :P
Tym miłym akcentem
życzę Wam udanego wieczoru :)
Do napisania!
Erised

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz