Poranki w Norwegii są zawsze zimne, świeże i rześkie. Ostre, surowe jak wszystko. Zwłaszcza teraz, gdy lato przechodzi już stanowczo w jesień i drzewa pod moim oknem zaczynają posłusznie czerwienieć i gubić liście.
Poranki słoneczne napełniają mi pokój płynnym miodem tak, że czuję się jak w ulu, woskowe ściany jak z pergaminu, grząska podłoga, ciepło i cicho i to światło, aż ciężkie, przez zasłony przenika, maluje wstęgi na ścianie. A potem otwiera się okno i owiewa cię chłodne, wilgotne poranną rosą powietrze, zamarza ul, ścierają się z powiek ostatnie sny, wstają skrzydła.
A czasem zwijają się jeszcze ciaśniej, uciekają tam gdzie najcieplej, najciszej, pod pokrywę kołdry w poszwie w motyle. I nie mam skrzydeł.
Choruję, pracuję, maluję paznokcie na różowo, piekę ciasta.
Symptomatycznie.
Cieszcie się wrześniem!
E.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz