niedziela, 9 września 2012

Giczoł jagnięcy czyli kulinarne przejażdżki vol. 1

Jak to dobrze mieć trzydniowy weekend. Trzy dni to w sam raz żeby zrobić coś konkretnego i jeszcze sobie miło odpocząć (no bo normalnie weekend nie jest od odpoczywania, nieprawdaż;). Piszę więc do Was z końcówki długiego weekendu - cokolwiek chorowitego, bo mi coś padło na wszystko i właściwie głównie zmuszona byłam wypoczywać. Ale już mi lepiej i mogę coś zrobić, a zateeeem...

Zapraszam na
przejażdżkę kulinarnymi szlakami Norwegii
W odsłonie pierwszej: jagnięcina.

Zgodnie z pokutującymi w Polsce przesądami, powinnam chyba zacząć od łososia - głównego eksportowego rarytasu, którym domniemani Norwegowie obżerają się na co dzień jak my, nie przymierzając, kaszanką. No, i taka jest mniej więcej prawda. Łososia je się tu regularnie na śniadanie i lunch, natomiast jagnięcina to częsty składnik tradycyjnych ciepłych posiłków.

Skąd jagnięcina? Norwegowie chwalą się, że dzięki dziewiczym górskim pastwiskom z bogactwem ziół, świeżemu powietrzu i czystym strumieniom, mięso norweskich owiec zajmuje czołowe miejsce w światowym rankingu. Jest podobno miękkie, jasne, przyrasta też stosunkowo szybko bez strat na wartości. Regularny chów skutkuje dobrymi genetycznie odmianami. Ale oprócz nowych, mają tu tez bardzo stare, wręcz reliktowe odmiany, takie jak Old Norwegian czy Old Norwegian Sheep (jak romantycznie, niech ich.). No, więc z tego pysznego, delikatnego mięska przyrządzają Norwegowie tradycyjne jesienne danie o nazwie fårikål. 

Źródło: http://www.flickr.com/photos/placbo/1656899862/
Pierwszą i podstawową cechą tego dania jest to, że jest ono koszmarnie brzydkie. Sami Norwegowie to przyznają. Jeżeli fårikål wygląda ładnie, to znaczy, że coś zrobiłeś źle. Nie bardzo wiem jednak, co można zrobić źle, ponieważ oprócz jagnięciny wrzuca się tam tylko kapustę i ziarna pieprzu. W zależności od pory roku można dodać jeszcze trochę kminku (wersja zimowa) lub jagód jałowca (okres polowań). Taką mieszankę należy gotować dwie godziny i podawać z ziemniakami. 
Oryginalnie danie to wywodzi się z południowego Hordalandu, czyli zachodniego wybrzeża Norwegii (nauczyłam się, że większość rzeczy w Norwegii wywodzi się właśnie stamtąd ;).
W Norwegii istnieje nawet Norweskie Stowarzyszenie Fårikålu. Mają swoją stronę internetową (klik), całą poświęconą temu daniu. Ale można tu też, na przykład, zagrać sobie w grę i wrzucić parę owieczek do gara - dosłownie.

Jadłam fårikål, przygotowywany jednak przez moje Chinki, więc należy chyba do oceny podchodzić ostrożnie. Nie mogę powiedzieć, że był smaczny. Może po prostu nie lubię jagnięciny, może kupiły jakąś niezbyt dobrą, a może po prostu należałoby spróbować fårikålu robionego przez Norwegów;)

Przepis  
(dla dwóch osób)

500g baraniny w kawałkach (dobrze jest dać takie z kością)
1/2 małej kapusty posiekanej 
Łyżeczka pieprzu (w ziarnach)
Szczypta soli
Do obłożenia: gotowane młode ziemniaki i łyżka borówki brusznicy lub sosu żurawinowego

Wrzucić wszystko do garnka i napełnić wodą do 2/3 wysokości składników. Przykryć i doprowadzić do wrzenia. Zmniejszyć płomień i gotować na wolnym ogniu przez dwie godziny, aż mięso zacznie odpadać od kości. Podawać w głębokim talerzu jak komu się podoba, ziemniaczki pod spodem, na wierzchu, obok, razem z sosem żurawinowym lub brusznicą - w naszych realiach o żurawinę chyba łatwiej ;)



Drugim daniem z jagnięciny, które chciałabym zaprezentować jest pinnekjøt. 
Trudno to właściwie nazwać daniem. Są to po prostu wędzone lub suszone żeberka jagnięce. Tradycyjnie pinnekjøt wędzi się na dymie z brzozowych gałęzi - podobno wtedy nabierają charakterystycznego zapachu. Stąd też pochodzi ich nazwa. Serwuje się je z gniecionymi ziemniakami i przecieraną brukwią. To typowe, powiedzmy, danie bożonarodzeniowe.

Z pinnekjøtem jest taka sprawa, że tradycyjne pozostaje samo preparowanie tych żeberek. Mimo, że teraz jagnięcia jest łatwo dostępna, nadal korzysta się z tradycyjnych metod konserwowania żywności, pochodzących, jak mniemam, z biedniejszych czasów (tych przed ropą). 

Domowym sposobem preparuje się je tak: duże połcie żeber zanurza się w solance lub obsypuje grubo morską solą, celem utwardzenia mięsa. Gdy stwardnieje ono już wystarczająco, i gdy już jest porządnie zimno na dworze, wyjmuje się je i zawiesza w ciemnym, zimnym i dobrze wentylowanym pomieszczeniu do całkowitego wysuszenia. W niektórych regionach, szczególnie w Hordalandzie (!) świeże żeberka wędzi się przed utwardzaniem w soli.

Przed gotowaniem, połcie dzieli się na osobne żeberka i zanurza w wodzie, aby częściowo wypłukać zawartą w nich sól i spulchnić mięso. Potem dusi się je w wielkim rondlu, tradycyjnie wkładając na dno rondla kilka gałązek wierzbowych. Stąd nazwa: pinnekjøtt to po norwesku mięsne pałeczki, gałązki (stick meat - darujcie to nazewnictwo, tłumaczę piętrowo z norweskiego na angielski, a z angielskiego na polski, bo gugl nazwę pinnekjøtt przekłada na trzymać mięso. A to chyba nie o to chodzi), odwołując się chyba do wyglądu żeberek.



Tradycyjne danie dla zachodniego wybrzeża.

Tego rodzaju konserwację przeprowadza się też na tytułowych giczołach jagnięcych, które przybierają wtedy szlachetną nazwę fenalår.

Ostatnim tradycyjnym daniem z jagnięciny jest smalahove, które jest obrzydliwe i Wam go nie pokażę. Jest to bowiem, ni mniej, ni więcej, tylko głowa jagnięca. Przygotowywana podobnie jak powyższe, potem gotowana, duszona lub pieczona, podawana z tłuczonymi ziemniakami i brukwią. Zwykle jada się ją przed Bożym Narodzeniem. Dawniej uważana była za pokarm dla biedoty (czemu mnie to nie dziwi), teraz podaje się ją jako przysmak. Dla smaczku powiem Wam, że tradycyjnie najpierw zjada się uszy i oczy :d

Mam nadzieję, że kolejna notka jedzeniowa przypadła Wam do gustu! 
Następnym razem przyjdzie czas na rybki.

Do napisania!
Wasza
Erised

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz