Piątek był chyba jednym z najpiękniejszych dni jakie tu do tej pory widziałam. Złocistoczerwony, cierpki, jasny i ciepły, prawdziwie, najgłębiej jesienny. I ten zapach w powietrzu, miękki, przydymiony, jabłkowy, zazieleniony ostatnim pokosem trawy. I błękit lejący się z nieba jakoś niżej sklepionego, bliższego, opartego zdaje się o czubki poczerwieniałych klonów.
Tym, co najbardziej kocham w jesieni jest nieustanny ruch, zmierzanie gdzieś, dokądś, wpisane dogłębnie w tę porę roku. Zmierzanie bez końca i bez początku, zmiana dla samej zmiany ujarzmionej w kolorze, w powietrzu, w liściu spadającym lekko na ziemię. Ruch, ruch, energia. Jesień bije we mnie strumieniem czystej energii.
Był też piątek przyjemny ze zgoła innych powodów. Po pierwsze i najważniejsze, znalazłam w Bibliotece Uniwersyteckiej dział z fikcją. Dziesiątki tysięcy tomów w ojczystych językach, poukładanych w sięgających sufitu regałach. Początkowo planowałam wypożyczyć coś po angielsku, ale dosłownie zagubiłam się pośród ośmiu regałów literatury amerykańskiej (Walt Whitman z 1924 roku? Proszę bardzo, do wypożyczenia). Ale potem odkryłam na planie, usłużnie wystawionym zaraz przy wejściu, że w sali U372 znajduje się dział z literaturą polską. Więc powędrowałam na poszukiwanie i znalazłam. Znalazłam księgozbiór tak piękny, pełny i przekrojowy jakiego w życiu nie spodziewałam się znaleźć gdziekolwiek za granicą! Ośmielę się stwierdzić, że niektóre filie Raczyńskich wypadają przy nim blado. Od Sienkiewicza, Marii Dąbrowskiej, Prusa (angielski przekład Lalki!), Żmichowskiej i Żeromskiego przez Boya-Żeleńskiego, Andrzejewskiego, Borowskiego i Grynberga, aż po Dehnela, Tokarczuk i Chmielewską. Cała najpiękniejsza, klasyczna i współczesna proza i poezja (Broniewski, Szymborska). Żadnych szmir typu Dobraczyński i innych zapychaczy półkowych. Tylko brać po kolei.
Najbardziej zachwycona jestem kompletnym wydaniem dzieł Boya, których nie mogłam dorwać w żadnej bibliotece. Czy to nie nieporozumienie, że jedyne wydanie jego dzieł zebranych pochodzi z 1958 roku (to właśnie, które znajduje się tutaj) i nigdy potem nie było wznawiane? Czyżby należało złożyć to na karb jego zatwardziałej błazeńskiej niepoprawności politycznej? Któż wie.
W każdym razie wypożyczyłam sobie tom jego felietonów z dwudziestolecia międzywojennego i bawię się pysznie czytając o kurkiewach, spotkaniach francuskiego PEN Clubu i objazdach z odczytami, podczas których autor czuł się jak, cytuję, dziwka:
'Po kilku dniach doznaję dziwnego wrażenia: czuję w sobie coś z misjonarza i coś z dziwki. Z misjonarza, gdyż istotnie niosę w najbardziej zapadłe kąty pewne drogie mi prawdy i żywe ich świadectwo; z dziwki, zwłaszcza gdy nadchodzi moment wieczoru: czysta koszula na grzbiet, trochę pudru na twarz i - na salę, do gości... Ten moment zawsze dużo mnie kosztuje.'*
Jedyny problem polega na tym, że jak sobie tak poczytam tego Boya, to kiedy potem przychodzi do mówienia po angielsku - gubię słowa, zdania jakoś nie chcą mi się płynnie składać, myśli wychodzić jasno i zwięźle. Czy przestać czytać? No, raczej nie, raczej ćwiczyć language flexibility :)
To nie koniec piątkowych rewelacji. Z książkami w plecaku radośnie pokicałam w stronę metra - chciałam się wrócić po portfel, którego kolejny raz zapomniałam (widocznie pieniądze nie są dla mnie priorytetem w życiu;), coby zakupić sobie w końcu norweski słownik (znalazłam groteskowo wręcz tani, 113 koron tylko za to, że nie miał folii i zagiętą okładkę!). I nagle coś kopnęłam. Gruszkę. Na trawniku przez bramą do najstarszego domu studenckiego (dworeczek z szykanami, proszę jak Was) leżało sobie całe mnóstwo gruszek w stanie lepszym i gorszym. I nikt się nimi nie interesował! Szybciutko zebrałam kilka - okazały się pyszne, choć nieduże to słodkie i soczyste. Więc w drodze powrotnej zabrałam ze sobą dwa woreczki, nieprawdaż, i uzbierałam mimochodem jakieś trzy kilo gruszeczek. Gdy weszłam głębiej w alejkę leżało ich tam całe mnóstwo, duża część niestety już pogniła. Dziwię się, że taaaki ekologiczny uniwerek, taki eco focused a gruszek opadłych nie zbiera, tylko pozwala im gnić na trawniku. Wstyd! Aż miałam ochotę zrobić wydarzenie na FB, Ratujmy gruszki, Gruszka dla każdego i takie tam.
No, zmierzając w stronę jedzenia... obżarstwo nadal się szerzy. Moje proroctwa o powrocie do domu pod postacią toczącej się kuli nabierają rzeczywistego wymiaru coraz ciaśniejszych spodni. Tak się kończy chodzenie przez cały czas w dresie, psiakrew. Wczoraj obiecałam sobie solennie, że nie będę się objadać, przegłodzę się wręcz ze dwa dni, na diecie gruszkowej (bardzo zdrowy to owoc, dużo ma boru i potasu, ponadto wspomaga trawienie), ale nie. Bo chiński festiwal przywitania jesieni i należało spożyć niezwykłe ilości chińskich pierożków z nadzieniem selerowym, maczanych w sosie sojowym, fasolki i innych tam, ach znów wykazałam się brakiem silnej woli. No i ciasto, Lilian przejęła pałeczkę, teraz ona piecze. I bardzo dobre jej wychodzi, niestety.
Film instruktażowy Jak zrobić chińskiego pieroga by Lilian:
Ale teraz to już naprawdę przesada. Październik się zbliża, czas na zmiany.
No, w ramach nie siedzenia w domu zamierzam jutro wybrać się do Muzeum Sztuk Użytkowych i może zahaczę jeszcze o Galerię Narodową (w niedzielę za darmo, więc...;). To będzie chyba pierwsze muzeum, jakie zwiedzę odkąd jestem w Norwegii! To do mnie zgoła niepodobne.
A tymczasem
Dobranoc!
Życzy Wam
Znad miski gruszek
Wasza
E.
P.S. Gorący kompot gruszkowy jesienną porą - to jest to! :D
Codzienny raport? :(
OdpowiedzUsuń