Ostatnie parę tygodni nie było zbyt udane (mimo wielorakich wspólnych posiłków i posiadów kuchennych). Boląca wątroba i spuchnięte węzły chłonne przybrały jednoznaczną zakichaną nazwę Mononucleosis infectiosa (wątpliwości być nie może, nie za te pieniądze...;) Okres przechorowywania tej zarazy wynosi odpowiednio 4 do 6 tygodni, a jednym z najuciążliwszych objawów (poza wymienionymi), jest wieczne zmęczenie, niedospanie i ogólne rozbicie.
No i takie coś mnie dopadło na Erasmusie. Siłom wyższym należy dziękować, że przechodzę to w miarę dobrze, bez dziko wysokich gorączek i wysypek. Z drugiej strony, można by też siłom wyższym wygrażać, że jak śmiały. Ale może nie należy, w końcu mogły zesłać jakieś połamane nogi czy inne plagi, jak już COŚ musiały.
Więc przez ostatnie trzy tygodnie tak więcej się snułam, gdzieniegdzie i poniekąd, bez specjalnego zaangażowania ani weny, stąd ten przestój. Popsuło mi się parę fajnych planów, łącznie z jedną cabin trip, wycieczką po Oslo z ekipą UNICA, jakimiś dwoma imprezami, intern-party w Uglebo i czymśtam. Tu i tam błysnęło parę przyjemniejszych momentów jak Festiwal Jedzenia (zauważam pewną monotematyczność), Festiwal Książki, Kulturnatt, czy pieczenie ciast w ilościach hurtowych.
Nie, żebym jakoś specjalnie się w wymienionych wydarzeniach zagłębiała. Mówiąc obrazowo, przepłynęłam sobie przez wszystko dość płytko, jednakowoż poczułam się jakoś lepiej, że robię coś niż nic. No i zjadłam kiełbasę z renifera.
Festiwal Jedzenia MATSTREIF ma już stałe miejsce w kalendarzu jesiennych wydarzeń. W tym roku odbywał się 15 i 16 września na Rådhusplassen, czyli na wielkim deptaku przez ratuszem. W tym roku wystawiało się tam ponad 100 lokalnych producentów jedzenia - bo promowanie małych, niezależnych wytwórców tradycyjnych przysmaków to główny cel festiwalu. Więc miałam okazję spróbować najróżniejszych rzeczy od ziołowych galaretek począwszy na wspomnianej kiełbasie z renifera skończywszy. Wygląda na to, że tradycyjnie na kiełbasę z dzikiej zwierzyny przerabia się właśnie z Rudolfa, jelenia i łosia. Z łosia mi zupełnie nie smakowała (zalatuję jagnięcym smrodkiem) natomiast reniferzyna baaardzo mi podeszła.
Z poczynionych przeze mnie obserwacji wyłania się kilka kategorii tradycyjnych norweskich produktów. Są to: wyroby mięsne, ryby i owoce morza, przetwory z owoców (nalewki, dżemy, syropy, konfitury, galaretki i inne), warzywa i wyroby z wosku i miodu. Czyli bazują wyłącznie na bogactwie natury (ile ja się o czerpaniu naczytałam! Ale namacalnie widać, że faktycznie tak jest), czerpiąc z niej pełnymi garściami. Robią to jednocześnie w sposób rozumny i, według dzisiejszej nomenklatury, bardzo ekologiczny. A jedną z podstawowych idei sustainable development, zrównoważonego rozwoju, jest nie wykorzystywanie zasobów naturalnych ponad to, co natura może sama w krótkim czasie odbudować. Czyli, na przykład, nie należy zbierać więcej soku z brzozy, niż jest w stanie ona nam dać bez uschnięcia na wiór. Swoją drogą, ruch na rzecz sustainable development jako taki znajduje u mnie gorące poparcie, bo propaguje przede wszystkim umiar, a umiar to według mnie jedna z fundamentalnych wartości będących w stanie utrzymać równowagę w globalnym ekosystemie.
Wracając do samego festiwalu, jedną z największych atrakcji były oczywiście próbki - niektóre darmowe, niektóre płatne jakieś śmieszne pieniądze (5 koron, 10 koron). Atrakcji nie atrakcji, można sobie oczywiście popatrzeć na jedzenie, ale generalnie nie do tego ono zwykle służy. Ja polowałam głównie na te darmowe, więc nie popróbowałam na przykład łososia z Lofotów (podejrzewam, że łosoś jak łosoś...), ale za to liznęłam:
| Osławionej kiełbasy... |
| Puddingu karmelowego |
| Galaretki z maliny moroszki z dodatkiem ziół i korzennych przyprawy... |
| Syropu z brzozy oraz syropu z sosny rosnącej gdzieś w okolicach Alty, czyli na kole podbiegunowym... |
| Soku z jabłek - smakował identycznie jak sok Babci! |
| Takich cieniutkich wafli... |
| Norweskich serów typu gouda czy gorgonzola... |
| Tego paskudztwa - sera z mleka owczego. |
| Tego nie spróbowałam, ale zdjęcie zrobiłam;) |
| Ładny ser... |
| Jeszcze ładniejsze owoce w zalewie :) |
Generalnie bardzo mi się podobało i zobaczyłam, że norweskie tradycyjne jedzonko to nie tylko łosoś, gicz jagnięca i brunost (paskudztwo), ale wiele, wiele innych rzeczy. Pouczające.
A na koniec: filmik z Twojej Tuby z tegorocznego Matstreif:)
A na koniec: filmik z Twojej Tuby z tegorocznego Matstreif:)
Po drodze na Matstreif przeszłam się przez Festiwal Książki. Początkowo stwierdziłam, że to nieco bez sensu iść na norweski festiwal książki, ale potem pomyślałam, że czemu nie, chociaż sobie popatrzę. Więc przeszłam, popatrzyłam, pozbierałam gifty, na przykład bardzo ładną czerwoną, płócienną torbę z ichniejszego Klubu Książki i załapałam się na darmowego gofra (czy pisałam już, że mają tu hysia na punkcie vaffels? No to mają;). Norwegowie, sądząc po ilości kupowanych przez nich książek, wydają się być narodem czytającym. Czasu mają sporo, bo nie pracują tyle co inne narody, a ceny są bardzo przystępne: zważywszy, że średnio zarabia się tu 150 koron na godzinę, a książka kosztuje 70 czy 100... To jakby u nas nowości wychodziły w cenach nie przekraczających 15 złotych. Oczywiście te lepsze publikacje są droższe - piękna książka kucharska z przepisami na gofry, naturellement, kosztowała około 250 koron.
Parę ujęć:
| Jeg vaffel czyli pospolite Jestę goferę |
| Więcej gofrów! |
Tego samego dnia rozpoczynała się ULTIMA, festiwal muzyki współczesnej i Oslo Filharmonien dawała darmowy koncert. Miejsce w którym się odbywał, Oslo Konserthus, jest... dość specyficzne. Z pewnością nie w moim guście, to chyba modernizm, który kojarzy mi się wyłącznie z komuną i kinem Zbyszek (kto wie, to wie;). Szare granity, geometryczne boazerie, wątłe światło - całość zrobiła na mnie dość siermiężne i przygnębiające wrażenie. Ludzi przyszło sporo (wiadomo, czemu), głównie starszych ode mnie i musicie wiedzieć, że to nie ja poleciałam pierwsza, jak tylko otworzyły się drzwi! Sam koncert był dość interesujący, jakem nieobeznana tak dobrze z muzyką. Wysłuchaliśmy Sinfonii Luciano Berio, napisanej w 1968 roku dla filharmonii nowojorskiej. Berio zaliczany jest do twórców powojennej awangardy, komponował muzykę eksperymentalną, łączył dźwięk ze słowem zaczerpniętym z najróżniejszych dzieł, od Biblii po Jamesa Joyce'a. W drugiej części miał się odbyć visual performance w 3D.
Pierwsza część koncertu faktycznie była eksperymentalna, linia muzyczna falowała i z nagła się urywała, kakofoniczne wstawki poprzecinane były romantycznymi trelami Debussy'ego. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, pierwszym skrzypkiem była kobieta (zauważyłam to zaraz po nostalgicznej refleksji nad zmaskulinizowaniem tej pozycji:). Wizualizacja podobała mi się bardzo, chociaż twardy biologiczny trening kazał mi widzieć w niej kryształy wapniowe i wnętrza komórek macierzystych. Może dlatego mi się podobała, hehe.
Pierwsza część koncertu faktycznie była eksperymentalna, linia muzyczna falowała i z nagła się urywała, kakofoniczne wstawki poprzecinane były romantycznymi trelami Debussy'ego. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, pierwszym skrzypkiem była kobieta (zauważyłam to zaraz po nostalgicznej refleksji nad zmaskulinizowaniem tej pozycji:). Wizualizacja podobała mi się bardzo, chociaż twardy biologiczny trening kazał mi widzieć w niej kryształy wapniowe i wnętrza komórek macierzystych. Może dlatego mi się podobała, hehe.
A z ciastami to naprawdę już jakieś szaleństwo. Już sporo czasu temu pisałam Wam, że piekę takie proste czekoladowe ciasto, które wszystkim bardzo smakuje. Otóż potem przerzuciłam się na drożdżówkę, ale nie znalazła takiego uznania wśród moich współlokatorów. A jakoś w ostatni czwartek przeglądałam sobie blogi i na Strawberries from Poland znalazłam idealnie proste ciasto, które postanowiłam upiec. No i się zaczęło. Po pierwsze upiekłam je nie w keksówce, tylko w okrągłej szklanej formie, więc wyglądało bardziej jak archetypiczne ciasto. Było do tego złociste, przypudrowane i zawierało w sobie plasterki jabłuszka, poutykane schludnie w dwa krążki. Boże, dziewczyny zwariowały. Musiałam obiecać nauczyć je je piec, więc następnego dnia (tamto już się zjadło), upiekłyśmy z Maezą nowe. W sobotę piekielnie się nudziłam po południu, no to upiekłam kolejne. A w niedzielę z kolei Lilian postanowiła zrobić swoje, tym razem trochę je zmodyfikowałyśmy dodając kakao i układając na wierzchu plasterki banana. Było przepyszne. Powiem uczciwie, że się od tego ciasta uzależniłam, naprawdę. Nic dziwnego, że spodnie się ledwo dopinają (cholera, myślałby kto Oslo takie drogie, a wszyscy z kim rozmawiałam to przytyli!).
Przepis
2 jajka
2/3 szklanki cukru
szklanka mąki
1/2 szklanki stopionego masła
półtorej łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
owoce jakie macie (jabłka, banany, gruszki, borówki, wsio ryba)
Miksujecie jajka z cukrem na jasną masę (ja muszę to robić ręcznie, ale przynajmniej spalę tym sposobem jakiś jeden kawałek;), dodajecie ostudzone masło, mąkę, proszek, sól. Wylewacie na wyłożoną papierem lub wysmarowaną masłem i oprószoną mąką blaszkę, utykacie owoce i pieczecie w 160 stopniach przez 50 minut (do suchego patyczka. Że jak wetkniecie wykałaczkę w ciasto to będzie sucha;) Wszystko. Potem pozostaje już tylko obżarstwo, koniecznie na gorąco!
Wczoraj też minął deadline na napisanie artykułów dla naszego Miesięcznego Łosia. Udało mi się wysmażyć dwa, jeden o festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, a drugi o modzie w epoce edwardiańskiej, inspirowany oczywiście Downton Abbey (sezon trzeci już na torrentach;). Całkiem mi się podobają, jeden i drugi, i mam nadzieję, że oba się znajdą w wersji papierowej magazynu (te artykuły, które się nie zmieściły lądują na stronie. Te gorsze). Będę informować!
Przepis
2 jajka
2/3 szklanki cukru
szklanka mąki
1/2 szklanki stopionego masła
półtorej łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
owoce jakie macie (jabłka, banany, gruszki, borówki, wsio ryba)
Miksujecie jajka z cukrem na jasną masę (ja muszę to robić ręcznie, ale przynajmniej spalę tym sposobem jakiś jeden kawałek;), dodajecie ostudzone masło, mąkę, proszek, sól. Wylewacie na wyłożoną papierem lub wysmarowaną masłem i oprószoną mąką blaszkę, utykacie owoce i pieczecie w 160 stopniach przez 50 minut (do suchego patyczka. Że jak wetkniecie wykałaczkę w ciasto to będzie sucha;) Wszystko. Potem pozostaje już tylko obżarstwo, koniecznie na gorąco!
Wczoraj też minął deadline na napisanie artykułów dla naszego Miesięcznego Łosia. Udało mi się wysmażyć dwa, jeden o festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, a drugi o modzie w epoce edwardiańskiej, inspirowany oczywiście Downton Abbey (sezon trzeci już na torrentach;). Całkiem mi się podobają, jeden i drugi, i mam nadzieję, że oba się znajdą w wersji papierowej magazynu (te artykuły, które się nie zmieściły lądują na stronie. Te gorsze). Będę informować!
Chciałabym jeszcze tylko nadmienić, że naukowo czuję, że znajduję się w pewnym rozbiciu. Nie to, żebym nie nadążała (choć lekarz uprzedził mnie, że tak może być) czy nie dawała rady z czytaniem. Pod tym względem wolne od biegania gdziekolwiek przyczynia się do nadrabiania wszelkich zaległości i bycia na bieżąco. Jakoś czuję, że muszę się przeorganizować, wdrożyć jakiś nowy plan czy grafik, zmienić punkt widzenia i zaczepienia. Coś muszę w moim podejściu do studiów zmienić, bo stwierdzam, że obecna efektywność, choć niezła, może być lepsza. Jakieś pomysły mi się już klarują powoli w umyśle. I nawet jeśli nie zaowocują czymś konkretnym, to może utwardzą drogę do jakichś kolejnych przemyśleń na ten temat.
A tymczasem...
Do napisania!
Idzie i pieczcie ciasto, bo dobre!
Wasza
Erised
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz